Piętnaście lat temu mąż odszedł do młodszej. Wzięłam drugą zmianę i postawiłam dwójkę na nogi sama. W zeszłą sobotę spotkałam go pod Biedronką – schudł, kurtka na nim wisiała. Poprosił, żebym pożyczyła mu na chleb.

Gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś będę stała na parkingu Biedronki z siatką pełną zakupów i patrzyła, jak Leszek nie może spojrzeć mi w oczy – nie uwierzyłabym. Przez piętnaście lat wyobrażałam sobie tę chwilę. Ale w żadnej z tych wersji nie było mi go żal.

A w sobotę było.

Poznałam go po chodzie. Zawsze stawiał stopy lekko do wewnątrz, jakby się wahał, w którą stronę iść. Szedł wzdłuż regałów z pieczywem, powoli, z pustym koszykiem w ręce. Kurtka – kiedyś pewnie granatowa – teraz była koloru brudnej ściany. Za duża o dwa rozmiary. Włosy przerzedzone, siwe, choć miał dopiero pięćdziesiąt cztery lata.

Pięćdziesiąt cztery. Wyglądał na siedemdziesiąt.