Ojciec przed śmiercią dał mi kopertę i powiedział, żebym otworzyła, kiedy siostra zacznie mówić o sprzedaży domu. Siostra wystawiła ogłoszenie w zeszłym tygodniu

Tata umarł w marcu, a ja do dzisiaj czuję zapach jego papierosów w korytarzu domu, w którym się wychowałyśmy. Dał mi tę kopertę dwa tygodnie przed śmiercią, już z łóżka, już prawie szeptem. Powiedział jedno zdanie – otworzysz, kiedy Anka zacznie gadać o sprzedaży. Nie pytał, czy zrozumiałam. Wiedział, że zrozumiałam.

Koperta leżała na dnie szuflady w mojej sypialni, pod starymi receptami i rachunkami z apteki. Przez cztery miesiące nie myślałam o niej codziennie – raczej co drugi dzień. Za każdym razem, kiedy rozmawiałam z Anką i czułam, w którą stronę zmierza rozmowa.

Nazywam się Lucyna, pracuję w aptece przy ulicy Głębokiej w Lublinie od dwudziestu trzech lat. Mam pięćdziesiąt osiem lat, męża Grzegorza i dwóch dorosłych synów. Moja młodsza siostra Anka ma pięćdziesiąt dwa lata, mieszka w Warszawie z drugim mężem i prowadzi mały salon kosmetyczny na Woli.

Tata wychowywał nas sam od mojej dwunastki – mama odeszła od niego do innego mężczyzny i po trzech latach zginęła w wypadku samochodowym. Nigdy o niej nie rozmawiałyśmy. Tata tego nie chciał, a my nie umiałyśmy.

Dom rodzinny stoi przy bocznej ulicy w Świdniku, piętnaście minut autobusem od Lublina. Parterowy, z dobudówką, którą tata postawił własnymi rękami, kiedy Anka poszła do szkoły i potrzebowała osobnego pokoju. Ogródek z jabłonkami i agrestu krzakami, garaż z wiecznym bałaganem, wejście z werandą, na której tata palił i patrzył na ulicę. Nic szczególnego. Wszystko.