Po pogrzebie Anka została trzy dni. Pomagała sprzątać, pakowała ubrania taty do worków. Trzeciego dnia wieczorem, przy herbacie w kuchni, powiedziała pierwszy raz.
– Lucyna, ten dom jest za duży dla nikogo. Trzeba będzie coś z nim zrobić.
Nie odpowiedziałam. Ona nie nalegała. Wróciła do Warszawy, a ja chodziłam do tego domu co drugi dzień, podlewałam kwiatki, wietrzałam pokoje, wynosiłam przeterminowane jedzenie z lodówki.
W maju Anka zadzwoniła i powiedziała wprost – rozmawiała z kimś, kto wyceni nieruchomość. Że Świdnik to nie Lublin, ale za ten metraż z działką powinno się uzbierać trzysta tysięcy. Że ona potrzebuje pieniędzy na remont salonu, że jej mąż Darek miał problemy z firmą i że to byłoby rozsądne.
– Tata chciałby, żebyśmy miały z tego pożytek – powiedziała. – Nie żeby dom stał pusty i niszczał.
Złapałam się na tym, że zaczynam się z nią zgadzać. Rzeczywiście – dom niszczał. Dach przeciekał nad dobudówką. Piec wymagał wymiany. Okna były stare, drewniane, z uszczelkami z waty. Ile ja bym musiała włożyć, żeby go utrzymać? I po co?
Ale koperta leżała w szufladzie.
W czerwcu Anka przyjechała z Darkiem. Spotkaliśmy się we czwórkę – ona, Darek, ja i Grzegorz. Anka przyszła z wydrukiem wyceny, z notatkami, z planem. Salon do sprzedaży wymaga remontu za dwadzieścia pięć tysięcy. Dach kapiący. Wyjdzie na czysto ze dwieście siedemdziesiąt, może trochę więcej. Po połowie. Sto trzydzieści pięć dla każdej. Za to można zrobić remont salonu i jeszcze trochę odłożyć.
– Lucyna, to jest racjonalne – powiedział Darek takim tonem, jakby tłumaczył dziecku, że dwa plus dwa to cztery.
Grzegorz milczał. Potem, jak zostaliśmy sami, powiedział cicho – zrób, jak uważasz, to twój dom i twoja siostra.
Tydzień temu zobaczyłam ogłoszenie. Anka wystawiła dom na portalu nieruchomościowym. Ze zdjęciami. Z opisem. Z ceną. Bez mojego podpisu, bez mojej zgody – ale ogłoszenie wisiało. Zadzwoniłam do niej z trzęsącymi się rękami.
– Anka, co ty robisz?
– Spokojnie, to tylko ogłoszenie informacyjne. Żeby sprawdzić zainteresowanie. Nic nie sprzedam bez ciebie, przecież wiesz.
– Nie wiem. Właśnie nie wiem.
Rozłączyłam się i poszłam do sypialni. Wyjęłam kopertę z szuflady. Biała, zwykła, z napisem “Lucyna” pismem taty – drżącym, pochylonym w prawo, ledwo czytelnym.
W środku była kartka wyrwana z zeszytu w kratkę. Tata pisał wielkimi literami, pewnie dlatego, że ręce już go nie słuchały.
Pisał, że dom przepisał na mnie. Całkowicie. Aktem notarialnym z lutego, miesiąc przed śmiercią. Że Anka dostała pieniądze – sto pięćdziesiąt tysięcy złotych – trzy lata wcześniej, kiedy otwierała salon.