Do ostatniego miesiąca płaciłam mamie za leki, bo “z emerytury nie starcza”. Tydzień po pogrzebie siostra wystawiła jej kawalerkę na sprzedaż. Zapytałam, jakim prawem, skoro spadek niezałatwiony. Pokazała akt darowizny z 2019 roku.
Zobaczyłam ogłoszenie w środę wieczorem. Leżałam na kanapie z laptopem na kolanach, przeglądałam Olx bez żadnego celu – po prostu nie mogłam zasnąć. Drugi tydzień po pogrzebie mamy i wciąż budziłam się o trzeciej w nocy z uczuciem, że coś zapomniałam zrobić.
Kliknęłam w zakładkę z nieruchomościami – nawyk z pracy, dwadzieścia lat w księgowości robi swoje, człowiek automatycznie sprawdza liczby. I wtedy zobaczyłam zdjęcie kuchni mamy. Tę samą żółtawą boazerię, którą ojciec przykleił w osiemdziesiątym piątym roku i którą mama broniła przed każdym remontem. Ten sam widok z okna na parking i kawałek skweru. Cena: dwieście osiemdziesiąt tysięcy.
Serce mi stanęło. Przeczytałam opis trzy razy. “Kawalerka, 32 m², drugie piętro, blok z cegły, Opole, osiedle Zaodrze. Kontakt: Marzena.” Moja siostra.
Zadzwoniłam natychmiast. Była prawie jedenasta, ale nie obchodziło mnie to.
– Marzena, co to jest? – powiedziałam zamiast “cześć”.
Cisza. Słyszałam, jak odkłada coś na stół. Może kubek, może pilota.
– O czym mówisz?
– Ogłoszenie. Mieszkanie mamy. Na Olx.
Znowu cisza. Krótsza.
– No tak, wystawiłam. A co?
– Jakim prawem? Spadek nie jest załatwiony, nie byłyśmy u notariusza, nie ma postanowienia sądu.
– Lucyna – powiedziała tonem, którego nie znosiłam od dzieciństwa. Spokojnym, trochę znudzonym, jakby tłumaczyła coś oczywistego. – To nie jest spadek. Mama mi to przepisała. Aktem darowizny. W dwa tysiące dziewiętnastym.
Przez pięć sekund nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Za oknem ktoś zaparkował samochód i zgasił silnik. Słyszałam każdy dźwięk z nienaturalną ostrością – tykanie zegara, szum lodówki, oddech Marzeny w słuchawce.
– Przepisała ci – powtórzyłam.
– Tak.
– Pięć lat temu.
– Tak, Lucyna.
– I przez te pięć lat nikt mi nie powiedział.
– Mama nie chciała.
Rozłączyłam się. Nie z wściekłości – z bezradności. Nie wiedziałam, jakie pytanie zadać najpierw.
Usiadłam przy kuchennym stole i otworzyłam folder w telefonie, który nazywał się “Mama – leki”. Prowadziłam go skrupulatnie, jak każdy folder – bo tak mnie nauczono, bo tak działa moja głowa.
Co miesiąc: lista leków, apteka, kwota. Styczeń dwa tysiące dwudziesty – cztery pozycje. Luty – pięć, bo doszedł nowy lek na ciśnienie. Marzec dwa tysiące dwadzieścia trzy – siedem pozycji, po wylewie doszły trzy kolejne. Co miesiąc przelewałam mamie pieniądze, bo “z emerytury nie starcza, Lucynko, ale nie mów Marzenie, ona ma swoje problemy”.
Nie mów Marzenie.
Cztery lata przelewów. Cztery lata telefonów z pytaniem, czy mama wzięła leki. Cztery lata proszenia w pracy o wcześniejsze wyjście, żeby zabrać ją do kardiologa. A Marzena w tym czasie miała akt darowizny w szufladzie i ani razu – ani jednego razu – nie zaoferowała, że pójdzie z mamą do lekarza.
Nazajutrz pojechałam do Marzeny. Mieszkała dwadzieścia minut dalej, w bloku na Ustroniu, z mężem i dorosłym synem, który studiował zaocznie i rzadko bywał w domu. Zadzwoniłam domofonem, powiedziałam “to ja”, weszłam na czwarte piętro, bo winda znowu nie działała. Marzena otworzyła drzwi w dresie i z mokrymi włosami.