– Pokaż mi ten akt – powiedziałam w progu.
Nie zaprotestowała. Weszła do pokoju, wyjęła z segregatora dokument w przezroczystej koszulce i podała mi bez słowa. Akt notarialny, kancelaria w Opolu, data – październik dwa tysiące dziewiętnaście. Wszystko zgodne z prawem. Podpisy, pieczątki, numer repertorium.
Stałam w przedpokoju Marzeny i czytałam dokument, który zmieniał wszystko, co myślałam o własnej rodzinie. Mama żyła jeszcze cztery lata po tej darowiźnie. Cztery lata kłamała mi w twarz.
Nie wprost – mama nigdy nie kłamała wprost. Robiła to lepiej. Milczała o jednym, a głośno mówiła o drugim. “Nie starcza na leki” – to nie było kłamstwo. Z samej emerytury pewnie rzeczywiście nie starczało. Ale to było pół prawdy, a pół prawdy jest gorsze od kłamstwa, bo nie można go złapać.
– Dlaczego tobie? – zapytałam.
Marzena oparła się o framugę drzwi do kuchni. Skrzyżowała ręce na piersi, ale nie wyglądała na agresywną. Raczej na zmęczoną.
– Bo mnie było gorzej.
– Gorzej?
– Lucyna, ty masz pracę od dwudziestu lat. Masz mieszkanie. Masz Janka. Ja trzy lata temu ledwo wiązałam koniec z końcem. Jarek stracił robotę, Kuba potrzebował pieniędzy na studia. Mama widziała, że tonę.
– I dała ci mieszkanie.
– Żebym mogła je sprzedać, kiedy będzie trzeba. Albo wynająć. Miała być moja poduszka bezpieczeństwa.
Chciałam powiedzieć: a moja poduszka? Moja bezpieczeństwo? Ja przez cztery lata byłam tą, która przyjeżdżała, płaciła, organizowała, a ty dostawałaś nieruchomość? Ale nie powiedziałam tego. Nie od razu. Bo jednocześnie widziałam coś, czego nie chciałam zobaczyć – że Marzena ma rację.
Że jej życie przez ostatnie lata wyglądało inaczej niż moje. Że Jarek faktycznie nie pracował prawie rok, że widziałam, jak Marzena przychodziła do mamy w butach ze zdartymi obcasami i w kurtce z poprzedniego sezonu, i myślałam wtedy nie “jak mogę pomóc”, tylko “dobrze, że u mnie jest inaczej”.
Wróciłam do domu i przez tydzień nie odzywałam się do nikogo. Janek – mój mąż – widział, że coś jest nie tak, ale znał mnie na tyle dobrze, żeby nie pytać. Stawiał mi herbatę na biurku i wychodził z pokoju.