Myślałam o mamie. O tym, jak rok przed śmiercią, kiedy leżała po wylewie w szpitalu i ja przyjeżdżałam codziennie z rosołem w słoiku, a Marzena dzwoniła co drugi dzień – mama trzymała mnie za rękę i mówiła “ty jesteś moja skała, Lucynko”. Czy to był komplement? Czy przeprosiny? Czy może stwierdzenie faktu – że skała nie potrzebuje poduszki?
Mama robiła to całe życie. Dzieliła nas na tę silną i tę słabą. Mnie kazała być dzielna, Marzenę chroniła. Kiedy miałam trzynaście lat i złamałam rękę na wuefie, mama powiedziała “nic ci nie będzie, jesteś twarda”. Kiedy Marzena w tym samym roku przeziębiła się na tydzień, mama wzięła urlop z pracy. Nie robiła tego ze złośliwości. Robiła to, bo naprawdę wierzyła, że ja sobie poradzę. A Marzena nie.
I może miała rację.
Po dwóch tygodniach zadzwoniłam do Marzeny.
– Chcę zwrot pieniędzy za leki – powiedziałam. – Nie wszystkich. Za ostatnie dwa lata. Skoro mama miała majątek, który mogła spieniężyć, a zamiast tego brała ode mnie co miesiąc – to chcę, żebyś oddała połowę.
Cisza. Ale inna niż tamta pierwsza – nie znudzona, nie zaskoczona. Zawstydzona.
– Dobrze – powiedziała Marzena. – Masz rację.
Nie spodziewałam się, że to powie. Przygotowałam sobie argumenty, tabelkę z kosztami, nawet sprawdziłam, czy przysługuje mi zachowek od darowizny. A ona powiedziała “masz rację” i odebrała mi cały pęd.
Pieniądze mi oddaje – w ratach, po trochę. Mieszkanie sprzedała w czerwcu. Nie pytam, ile dostała. Nie moja sprawa.
Ale mam żal do mamy. To jest najtrudniejsze – mieć żal do kogoś, kto już nie żyje i nie może się wytłumaczyć. Kto nie może powiedzieć “Lucynko, posłuchaj, ja myślałam, że…”. Bo pewnie miała swoje powody. Pewnie w jej głowie to wszystko było sprawiedliwe – jedna córka dostaje opiekę, druga majątek, i w sumie wychodzi na zero.
Tylko że nie wychodzi. Bo opieka to nie faktura, którą można wystawić i skompensować. Opieka to były moje wieczory, mój niepokój, moje pytania “mamo, wzięłaś leki?”. I jedno krótkie zdanie, które wracało do mnie co noc: “nie mów Marzenie”.
Czasem myślę, że mama znała mnie lepiej, niż chciałabym to przyznać. Wiedziała, że nawet gdybym się dowiedziała o darowiźnie – i tak bym przyjeżdżała z rosołem. I tak bym płaciła za leki. Bo taka jestem.
I to chyba boli najbardziej.