Władca Sanktuariów: Kronika Rekultywacji
Część I: Fasada Króla Thorne’a
„Świeże powietrze jest doprawdy wspaniałe dla tych, którzy stoją na krawędzi włóczęgostwa” – powiedziałam do męża, a mój głos emanował klinicznym chłodem blatów z marmuru kararyjskiego, na które nie przeznaczył ani grosza.
Stałam na szmaragdowej połaci Hudson Valley Villa, wartego osiemset tysięcy dolarów pomnika mojej własnej wytrzymałości. Przede mną prywatna ochrona, odziana w taktyczny grafit, metodycznie wyznaczała granicę. Słońce chowało się za horyzontem rzeki, malując kamienną fasadę na odcienie sinego fioletu i szyderczego złota. Ten dom miał być moją fortecą, niemym świadectwem dekady osiemdziesięciogodzinnych tygodni pracy. Zamiast tego, przeobraziło się w teatr zdrady, miejsce, gdzie mój pot zbierał klan pasożytów z wyższych sfer, którzy mylili moje milczenie z uległością.