Nazywam się Sarah Thorne. Mam trzydzieści cztery lata i jestem starszym konsultantem technicznym, specjalizującym się w odbudowie zawodnych infrastruktur. Rozumiałam systemy – jak działają, jak się rozpadają i jak można je wykorzystać. Przez dziesięć lat żyłam jak duch, gromadząc zarobki i omijając puste pokusy konsumpcjonizmu, a wszystko dla jednego celu: posiadania własnego gruntu. Sześć miesięcy temu to osiągnęłam. Podpisałam akt własności w cichej kancelarii prawnej: Sarah Thorne, właścicielka jednoosobowej działalności gospodarczej.
Gnicie jednak nie zaczęło się od przecieku w dachu ani pęknięcia w fundamencie. Zaczęło się od kruchego, szklanego ego Juliana Thorne’a.
Julian był człowiekiem złożonym z żargonu marketingowego średniego szczebla i drogich krawieckich ubrań, na które go nie było stać. Dla swojej matki, Eleanor Thorne, był tytanem przemysłu, spadkobiercą dziedzictwa, które dawno wyschło. Julian nie miał odwagi powiedzieć matce, że portfolio jego żony dziesięciokrotnie przewyższa jego własne. Zamiast tego pozwolił, by zakorzeniła się w nim toksyczna narracja – kłamstwo, które przedstawiało go jako zdobywcę rynku nieruchomości.