Byłam trzy tygodnie w sanatorium w Ciechocinku. Kiedy wróciłam, w moim pokoju stało nowe łóżko, a szafy i biurka po mężu już nie było. Synowa powiedziała, że zrobili mi remont-niespodziankę, żebym się ucieszyła. Nikt mnie o nic nie pytał
Klucz nie chciał wejść do zamka.
Stałam na klatce schodowej z walizką przy nodze i próbowałam po raz trzeci, czwarty, piąty. Wkładka gładka, nowa – palce rozpoznały to zanim głowa zdążyła zrozumieć. Ktoś wymienił zamek w moich drzwiach.
Zadzwoniłam do Grzegorza.
– Mamo, już jesteś? Czekaj, Patrycja zaraz przyniesie ci klucz, mieszkamy pięć minut dalej – powiedział takim tonem, jakby chodziło o podanie soli.
Patrycja pojawiła się po dwudziestu minutach. Uśmiechnięta, w letniej sukience, z kluczem na nowym breloczku w kształcie serduszka.
– Proszę, teściowa. Wymieniliśmy, bo tamten się zacinał. Ale poczekaj, nie wchodź jeszcze, muszę włączyć światło – powiedziała i wślizgnęła się przede mną do przedpokoju.
Nie włączała światła. Stała w ciemności sekundę, dwie, trzy – jakby coś sprawdzała – i dopiero wtedy kliknęła kontakt. Przedpokój wyglądał tak samo. Kuchnia też. Odetchnęłam. Ale kiedy otworzyłam drzwi do mojego pokoju, zatrzymałam się w progu.
Łóżko. Nie moje łóżko. Jasne drewno, nowa pościel w drobne kwiaty, którą widziałam pierwszy raz w życiu. Ściana, na której wisiała fotografia Władka z wędką nad Bugiem – pusta, świeżo pomalowana na kolor, którego nie umiałam nawet nazwać. Coś między beżem a szarością. Zapach farby jeszcze nie wyparował do końca.
Biurka nie było.
Tego ciemnego, ciężkiego biurka z lat osiemdziesiątych, przy którym Władek siedział wieczorami, prowadząc swoje zeszyty z adresami pacjentów, zapisując numery telefonów w kolumnach tak prostych, jakby rysował je linijką. Przy którym potem, po emeryturze, rozkładał gazety i rozwiązywał krzyżówki, zostawiając ołówkowe okruszki na blacie.
Szafy też nie było. Tej z lustrem na lewym skrzydle, w której Władek trzymał swoje marynarki – trzy, bo tyle mu wystarczało – i karton z listami od brata z Kanady.
– Patrycja – powiedziałam cicho. – Gdzie są rzeczy Władka?
– Teściowa, to niespodzianka! – klasnęła w dłonie. – Grzegorz mówił, że pani się męczy z tym starym pokojem, że skrzypi, że ciemno. To zrobiliśmy remont! Nowe łóżko, pomalowane, nawet zasłony nowe. Proszę zobaczyć, jakie ładne.
Nie patrzyłam na zasłony. Patrzyłam na miejsce, gdzie stało biurko. Na podłodze został ślad – prostokąt ciemniejszego parkietu, nienaruszony przez lata przez nogi mebla. Kontur nieobecności.
– Gdzie jest biurko? – powtórzyłam.
– Na pewno gdzieś w piwnicy – powiedziała Patrycja, ale jej oczy powędrowały w lewo, tak jak u Zuzi, kiedy pytałam, kto zjadł czekoladę z szafki. – Grzegorz się zajął.
Mam na imię Lucyna, mam sześćdziesiąt cztery lata i od dwóch lat jestem wdową. Czterdzieści lat pracowałam jako położna w szpitalu w Lublinie. Przyjęłam na świat tysiące dzieci. Myślałam, że rozumiem ludzi – ich ból, ich radość, ich kłamstwa. Ale tego wieczoru stałam w pokoju, który pachniał obcą farbą, i nie rozumiałam niczego.
Zadzwoniłam do Grzegorza jeszcze raz.
– Synu, co się stało z biurkiem taty?
Cisza. Taka cisza, którą znałam z porodówki – kiedy matka pytała, czy dziecko jest zdrowe, a ja jeszcze nie mogłam odpowiedzieć.
– Mamo, to było stare. Patrycja miała rację, pokój wyglądał jak muzeum. Daliśmy ci nowe łóżko, porządne, ortopedyczne. Dla twoich pleców – powiedział w końcu.
– Nie pytam o łóżko. Pytam o biurko.
– Wywieźliśmy. Na złom.
Na złom. Biurko, przy którym Władek siadał każdego wieczoru przez trzydzieści lat. Biurko, w którego górnej szufladzie leżały nasze listy z czasów, gdy Władek jeździł na kontrakty do Niemiec i pisał do mnie co tydzień. Kartki cienkie jak bibułka, poplamione kawą, z datami w prawym górnym rogu.
Listy. Dopiero wtedy to do mnie dotarło.
– Grzegorz, a co było w szufladach?
Znowu cisza. Dłuższa.