– Nie wiem. Patrycja chyba przejrzała. Mamo, to były stare papiery, rachunki, jakieś…
– To nie były rachunki.
Rozłączyłam się. Usiadłam na nowym łóżku, które sprężynowało pode mną obco i gładko. Moje stare łóżko miało wgłębienie po mojej stronie i wgłębienie po stronie Władka. Nawet po jego śmierci nie spałam na jego połowie. Teraz nie było żadnej połowy. Była jedna płaska, jednolita powierzchnia.
Otworzyłam szafkę nocną – jedyny mebel, który przetrwał. Album ze zdjęciami leżał na dole, pod aspiryną i książką. Był. Przynajmniej to zostawili.
Przez następne dwa dni szukałam. Piwnica – pusta, jeśli nie liczyć słoików z kompotami i roweru Zuzi. Garaż Grzegorza – stary materac, karton z zabawkami, żadnego biurka, żadnej szafy. Kontener na odpady wielkogabarytowe przy ulicy Lipowej – pusty, wywieziony tydzień wcześniej.
Trzeciego dnia poszłam do Patrycji. Zuzia bawiła się w pokoju, Grzegorz był w pracy.
– Patrycja, muszę wiedzieć, co zrobiłaś z zawartością szuflad.
Synowa nalała mi herbatę. Postawiła przede mną cukiernicę. Robiła wszystko, żeby nie patrzeć mi w oczy.
– Teściowa, ja naprawdę myślałam, że to stare dokumenty. Papiery, zeszyty z numerami telefonów. Kto dzisiaj trzyma numery w zeszytach? Wszystko jest w telefonie.
– Były tam listy.
– Jakie listy?
– Od Władka. Do mnie. Z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Piętnaście lat korespondencji.
Patrycja pobladła. To nie było udawane – widziałam wystarczająco dużo twarzy w swoim życiu, żeby odróżnić strach od gry. Ona naprawdę nie wiedziała.
– Ja… przejrzałam na szybko. Widziałam jakieś kartki, ale myślałam, że to… Teściowa, przepraszam. Nie wiedziałam, że to ważne.
– Nie wiedziałaś, bo nie zapytałaś.
Siedziałyśmy naprzeciwko siebie. Herbata stygła. Zuzia śpiewała w pokoju piosenkę z przedszkola – coś o biedronkach, coś lekkiego i wesołego, co nie pasowało do tego, co się między nami działo.
– Skąd pomysł na ten remont? – zapytałam w końcu.
Patrycja zagryzła wargę.
– Grzegorz mówił, że… że pani pokój jest za duży na jedną osobę. Że Zuzia mogłaby mieć tam kącik do nauki, kiedy pójdzie do szkoły. Że i tak pani spędza czas głównie w kuchni i w salonie.
Więc to nie był remont-niespodzianka. To był remont-przygotowanie. Przetarcie szlaków. Najpierw łóżko – potem biurko – a za pół roku: “Teściowa, a może Zuzia mogłaby tu spać dwa razy w tygodniu?” A potem trzy razy. A potem na stałe. A potem cały pokój. A potem – kto wie?
Nie powiedziałam tego głośno. Ale Patrycja chyba wyczytała to z mojej twarzy, bo zaczęła mówić szybko, nerwowo:
– Teściowa, to nie tak. My nie chcemy zabierać pani mieszkania. Po prostu Zuzia rośnie, nasze mieszkanie jest małe, a pani ma dwa pokoje i kuchnię, i…
– I jestem żywa – dokończyłam. – Mieszkam tu. Sama, ale mieszkam. To moje mieszkanie.
Wróciłam do domu. Usiadłam w kuchni. Poczekałam, aż zrobi się ciemno. Potem wstałam, wzięłam telefon i zadzwoniłam do szwagierki – żony brata Władka, tej z Kanady. Elżbieta odebrała po trzech sygnałach.
– Lucynka? Co się stało?