– Elżbieta, Kazimierz pisał do Władka listy? Takie papierowe, lata temu?
– Pisał, jak najbardziej. Władek odpisywał mu zawsze w poniedziałki, mówił, że to jego rytuał.
– Masz jakieś kopie? Zdjęcia tych listów?
– Mam oryginały. Kazimierz wszystko trzymał, a po jego śmierci pudło z korespondencją zostało u mnie. Chcesz, żebym zeskanowała?
Rozpłakałam się. Pierwszy raz od pogrzebu Władka. Nie z rozpaczy – z ulgi. Że coś przetrwało. Że brat Władka był takim samym skrupulatem jak on i pewnie w tych listach są zdania o mnie, o Grzegorzu, o naszym życiu.
Listy od Władka do mnie przepadły. Ale listy od Władka do brata – ocalały.
Nazajutrz zadzwoniłam do Grzegorza. Spokojnie, bez krzyku. Powiedziałam mu trzy rzeczy.
Po pierwsze: nie życzę sobie, żeby ktokolwiek wchodził do mojego mieszkania pod moją nieobecność, chyba że dom się pali.
Po drugie: nie życzę sobie żadnych remontów, niespodzianek, zmian, przestawień. Jeśli krzesło stoi krzywo – niech stoi krzywo. To moje krzesło i mój krzywi.
Po trzecie: Zuzia jest mile widziana u babci codziennie. Ale to babcia decyduje, kiedy wnuczka śpi w jej domu, a nie synowa.
Grzegorz słuchał w milczeniu. Potem powiedział:
– Mamo, przepraszam.
Nie dodał “ale”. To mnie zaskoczyło. Może jednak czegoś go nauczyłam.
Elżbieta przysłała skany w sobotę. Sto czternaście listów. Czytałam je tydzień, po kilka dziennie, jak lekarstwo. Władek pisał do brata o wszystkim – o cenach na bazarze, o tym, że Lucynka znowu pracuje na nocce, że Grzesiek ma anginę, że sąsiad kupił fiata.
W jednym liście z dziewięćdziesiątego trzeciego roku było zdanie: “Lucyna jest zmęczona, ale kiedy wraca ze szpitala i mówi, że dziś odebrała bliźniaki, to w jej oczach jest coś takiego, że wiem, dlaczego się w niej zakochałem.”
Przepisałam je na kartkę i włożyłam do szuflady nowej szafki nocnej. Jedynej szuflady, która mi jeszcze została.
Nowe łóżko wciąż jest w moim pokoju. Nie prosiłam o wymianę – stare i tak było do wyrzucenia, Patrycja miała w tym jednym rację. Ale biurka mi brakuje. Nie mebla – miejsca. Tego prostokąta ciemniejszego parkietu, który powoli zaczyna blaknąć.
Grzegorz przychodzi teraz co niedzielę z Zuzią. Patrycja zostaje w domu – mówi, że żeby mieć chwilę dla siebie, ale obie wiemy, że jest jej głupio. Kiedyś to przejdzie. Kiedyś usiądzie ze mną w kuchni i porozmawiamy jak dwie dorosłe kobiety. Nie dzisiaj. Może za miesiąc. Może za rok.
Nie spieszę się. Mam sześćdziesiąt cztery lata i całe życie uczyłam się cierpliwości. Na porodówce, przy łóżku umierającego męża, przy kuchennym stole, za którym siadała moja rodzina.
Teraz uczę się jej jeszcze raz.