
W Wielkanoc przy stole syn z synową głośno planowali, jak podzielą moje mieszkanie – “mama i tak ma za duże”. Nie odezwałam się. W maju byłam u notariusza: testament zmieniłam. Przy stole dalej słucham planów. Spokojnie.
– Trzy pokoje na jedną osobę to marnotrawstwo – powiedziała Agnieszka, nakładając sobie ćwikłę. Nawet na mnie nie spojrzała.
Grzegorz kiwnął głową, jakby synowa powiedziała coś oczywistego. Jakby ja siedziała po drugiej stronie stołu i nie miała uszu.
– Wystarczyłoby jedno duże – ciągnęła dalej. – Mama by miała sypialnię i salon w jednym, łazienka jest, kuchnia jest. A te dwa pokoje to się marnują.
Wielkanoc. Barwione jajka, żurek z kiełbasą, mazurek mamy – to znaczy mój, bo to ja od trzydziestu lat robię ten mazurek – i rozmowa o tym, jak mnie skurczyć do jednego pokoju, żeby reszta się nie marnowała.
Wzięłam łyżkę żurku. Zjadłam powoli, patrząc na Agnieszkę. Ładne kolczyki, nowe, pewnie te, o których mówiła, że “wpadły jej w oko”. Czterdzieści lat, mieszkanie po jej rodzicach w centrum Łodzi, samochód, wakacje co roku. I moje trzy pokoje, które się marnują.
Nie odezwałam się ani słowem. Grzegorz zerknął na mnie z niepokojem – pewnie sprawdzał, czy słyszałam. Słyszałam. I to nie pierwszy raz.
Pierwsze sygnały pojawiły się jakieś pięć lat temu. Grzegorz zadzwonił wtedy z pozornie niewinnym pytaniem.
– Mamo, a ty masz uregulowane te sprawy? No wiesz, gdyby coś się stało.
Miałam sześćdziesiąt trzy lata, wracałam właśnie ze zmiany w szpitalu, bo jako położna pracowałam do samego końca. Zdjęłam buty, odłożyłam torebkę, a syn pytał mnie przez telefon o testament.
– Nic mi nie jest, Grzesiu – odpowiedziałam spokojnie.
– Wiem, wiem. Ale na wszelki wypadek. Agnieszka mówi, że lepiej mieć to załatwione, bo potem są awantury w rodzinach.
Agnieszka mówi. Nie Grzegorz myśli – Agnieszka mówi.
Odłożyłam słuchawkę i zrobiłam sobie herbatę. Siedziałam w kuchni i patrzyłam na kasztanowce za oknem. Kwitły wtedy, były końcówka maja. Pomyślałam, że to normalne. Ludzie w naszym wieku powinni mieć testament. To odpowiedzialność, nie wyrok.
Napisałam testament ręcznie, tak jak się to robi, kiedy nie chce się wydawać pieniędzy na notariusza. Wszystko Grzegorzowi. Jedyne dziecko – bo Magda, moja córka, zginęła w wypadku samochodowym, kiedy Zuzia miała trzy latka. Jedyne, co po niej zostało, to wnuczka i pustka, która nigdy do końca się nie zagoi.
Więc napisałam: mieszkanie dla Grzegorza, trochę oszczędności dla Zuzi na studia, reszta do podziału. Schowałam kartkę do szuflady, pod papiery ze szpitala. I zapomniałam.
Ale Agnieszka nie zapomniała. Kolejne lata przyniosły kolejne komentarze. Początkowo delikatne, prawie niewidoczne.
– Mamo, te trzy pokoje to tyle sprzątania. Nie jest pani zmęczona?
Mówi do mnie “mamo” i “pani” w jednym zdaniu. Przez dwadzieścia lat nie nauczyła się wybrać.
– Widziałam ładne mieszkanko na Teofilowie. Dwa pokoje, nowe, cichutkie. Dla jednej osoby idealne.
Nie prosiłam o propozycje. Nie narzekałam na swoje mieszkanie. Trzy pokoje na Retkini – nie luksus, ale moje. Kupiłam je z Henrykiem w osiemdziesiątym szóstym, jeszcze przed Grzesiem. Henryk odszedł dziesięć lat temu, serce stanęło w nocy, po cichu, jakby nie chciał robić zamieszania. Od tamtej pory żyję sama, ale to nie znaczy, że żyję za dużo.
Przyszła Wielkanoc, ta opisana na początku. Agnieszka z ćwikłą i planem przebudowy mojego życia.
Po świętach leżałam w nocy i liczyłam. Nie pieniądze – słowa. Ile razy w ciągu ostatnich trzech lat Grzegorz zapytał, jak się czuję. Ile razy zadzwonił po prostu tak, bez powodu. Ile razy przyjechał nie po to, żeby sprawdzić liczniki albo obejrzeć rury w łazience, tylko żeby ze mną posiedzieć.
Wyszło niedobrze. Grzegorz dzwonił raz na dwa tygodnie, rozmowa trwała cztery minuty, bo tyle zajmuje wymiana zdań o pogodzie i zdrowiu. Przyjeżdżał co dwa miesiące. Z Agnieszką. Agnieszka za każdym razem mierzyła wzrokiem metraż mojego salonu z takim wyrazem twarzy, jakby już widziała tam swoją nową sofę.
A Zuzia dzwoniła co drugi dzień. Dwudziestoletnia dziewczyna, studia w Krakowie, sesja, kolokwia, imprezy – i mimo tego brała telefon i pytała: babciu, co jesz? Babciu, spałaś dobrze? Babciu, oglądałaś ten serial, ten o doktorce? Muszę ci opowiedzieć, co było w ostatnim odcinku.
Bez powodu. Dzwoniła bez powodu. I to było więcej niż wszystko, co Grzegorz zrobił przez ostatnie lata razem wzięte.
W maju poszłam do notariusza. Pojechałam tramwajem, wysiadłam na Piotrkowskiej, minęłam kwiaciarnię, w której Henryk kupował mi goździki na Dzień Kobiet, i weszłam na drugie piętro kamienicy z windą, która nigdy nie działała.
Notariusz był młody, pewnie młodszy od Grzegorza. Patrzył na mnie uważnie, kiedy tłumaczyłam, czego chcę.
– Chcę zmienić testament. Mieszkanie dla wnuczki.