– Daj spokój, chłopaki. Ona i tak wszystko ogarnie. Marta jest jak darmowa służąca, tylko jeszcze sama się cieszy, że może mi długi spłacać.
Stałam za uchylonymi drzwiami garażu z siatką zakupów w ręce. W jednej reklamówce mleko, chleb i najtańsza kawa. W drugiej karma dla kota i płyn do naczyń, który kupowałam zawsze w promocji. Przez chwilę naprawdę nie rozumiałam, co słyszę. Jakby ktoś mówił o obcej kobiecie.
Potem usłyszałam śmiech.
Śmiech mojego męża, Pawła. Człowieka, z którym byłam dwanaście lat. Człowieka, dla którego wstawałam o piątej rano, wracałam po dwudziestej i jeszcze gotowałam mu kolację, bo „cały dzień siedział nad sprawami”.
– No ale serio, ona nie ma wyjścia – ciągnął Paweł. – Jak się teraz wycofa, to sama utonie. Kredyt, chwilówki, zaległości… Jest już w tym po uszy.
Ktoś zapytał:
– A nie boisz się, że w końcu cię zostawi?
Paweł prychnął.
– Marta? Ona nawet bez listy zakupów do sklepu nie pójdzie. Gdzie ona pójdzie?
Nie weszłam wtedy do garażu. Nie zrobiłam awantury. Nie rzuciłam mu tych zakupów pod nogi, choć przez sekundę miałam na to ogromną ochotę. Odwróciłam się i wyszłam przez furtkę tak cicho, jak przyszłam.
Szłam bez celu po naszym osiedlu, między identycznymi domami i przystrzyżonymi tujami. Padał drobny deszcz. Czułam, że drżą mi ręce, ale nie płakałam. Jeszcze nie. W głowie miałam tylko jedno zdanie: „Gdzie ona pójdzie?”.
A przecież ja już dawno nigdzie nie chodziłam. Nie spotykałam się z koleżankami, bo zawsze brakowało pieniędzy albo czasu. Nie kupowałam sobie ubrań, tylko brałam coś z wyprzedaży, kiedy stare spodnie przestawały się nadawać. Nawet do fryzjera przestałam chodzić, bo Paweł mówił, że „teraz nie czas na fanaberie”.
Długi zaczęły się trzy lata wcześniej. Paweł pracował wtedy w hurtowni materiałów budowlanych. Mówił, że chce rozkręcić własną działalność: drobne remonty, wykończenia, może kiedyś ekipa. Brzmiało rozsądnie. Byłam dumna, że ma ambicję.
Pierwsza pożyczka miała być „na narzędzia”. Druga „na samochód, bo bez auta nie ma klientów”. Potem doszedł leasing, karta kredytowa, dwie chwilówki, zaległy ZUS i pieniądze pożyczone od jego brata, Grzegorza.
Za każdym razem Paweł obiecywał to samo.
– Marta, tylko mi pomóż stanąć na nogi. Za pół roku odbijemy się od dna. Zobaczysz.
Pomagałam. Najpierw wzięłam dodatkowe godziny w aptece, gdzie pracowałam jako technik. Potem zaczęłam sprzątać dwa mieszkania w soboty. Wieczorami rozliczałam faktury dla znajomej księgowej. Bywało, że zasypiałam przy stole z laptopem otwartym obok talerza.
Paweł nie pytał, czy daję radę. Pytał, czy przelew już poszedł.
– Przecież musimy zapłacić ratę do piątku.
– Paweł, ja w tym miesiącu mam na koncie może osiemset złotych po wszystkich opłatach.
– No to pożycz od matki. Zawsze ci pomagała.
Mówił to takim tonem, jakby chodziło o kupienie pieczywa.
Moja mama, Danuta, raz rzeczywiście pożyczyła nam trzy tysiące. Sprzedała stare złote kolczyki po babci. Kiedy dowiedziała się, na co poszły pieniądze, długo siedziała przy moim stole i obracała w palcach zimną herbatę.
– Córeczko – powiedziała cicho. – Ty nie ratujesz domu. Ty ratujesz jego przed konsekwencjami.
Wtedy się na nią obraziłam. Broniłam Pawła jak dziecko.
– Nie znasz go. On się stara.
Dziś wstyd mi, że to powiedziałam.
Po tej rozmowie pod garażem wróciłam do domu dopiero wieczorem. Paweł siedział przed telewizorem w skarpetkach, z piwem na stoliku. Nawet nie zauważył, że jestem przemoczona.
– Gdzie zakupy? – zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
Postawiłam siatki na podłodze.
– W kuchni.
– I co na kolację?