Nazywam się Valeria Montoya .
Przez dwanaście lat żyłam w małżeństwie, które dla wszystkich innych wydawało się idealne. Mój mąż, Julián Reyes , był dyrektorem finansowym dużej firmy budowlanej w Monterrey. Zawsze elegancko ubrany, ostrożny w słowach i z właściwą odpowiedzią w obecności rodziny, partnerów biznesowych i przyjaciół. Mężczyzna, o którym moja mama kiedyś z dumą powiedziała:
—Dobrze wybrałeś.
Ale są rzeczy, które nigdy nie wychodzą na jaw.
Tej nocy Julián stał przed lustrem w naszym pokoju, poprawiając niebieski jedwabny krawat, który kupiłem mu podczas naszej podróży do Guadalajary rok wcześniej. Starannie wyprostował kołnierzyk koszuli i wygładził marynarkę, jakby przygotowywał się do bardzo ważnej chwili.
Jej głos był łagodny i spokojny, taki sam jak we wszystkich jej poprzednich kłamstwach.
—Kochanie, muszę dziś iść na kolację z klientami. Wypadło mi to w ostatniej chwili. Mogę się spóźnić.
Odwrócił się i pocałował mnie w czoło. Otulił mnie zapach jego perfum: zapach, który kiedyś uważałam za symbol naszej rodziny.