Była prawie druga w nocy, kiedy Alexandre de Villeroy obudził się z suchością w gardle. W przestronnej sypialni ich luksusowej willi na zachód od Paryża panowała absolutna cisza. Dziwna, wręcz przytłaczająca cisza, taka, która sprawia, że serce bije ciut za szybko bez wyraźnego powodu. Wstał cicho, uważając, by nie obudzić żony Isabelle, która spała spokojnie pod jedwabną kołdrą, i niepewnie przeszedł ciemnym korytarzem 500-metrowego domu.
Wtedy właśnie zauważył, że coś jest nie tak. Drzwi do pokoju trojaczków były szeroko otwarte. Nie tylko uchylone, ale wręcz ziejące, jakby ktoś wybiegł. Dreszcz niepokoju przebiegł Alexandre’a. W wieku 42 lat, ten dyrektor, przyzwyczajony do radzenia sobie z kryzysami finansowymi, poczuł, jak ogarnia go pierwotna panika.
„Chłopcy…?” mruknął.
Brak odpowiedzi. Wszedł do pokoju. Trzy łóżka były niepościelone, a pościel wciąż pognieciona. Ich ulubione pluszaki wciąż tam były, porzucone na poduszkach. Ale Mathéo, Jules i Gabriel, jego czteroletni synowie, zniknęli. Klimatyzacja nagle wydała mu się lodowato zimna. Alexandre zaczął przeszukiwać każdy kąt domu z rosnącą niecierpliwością. Designerska kuchnia, ogromny salon, biuro zawalone papierami, kino domowe… Nic. Całkowita pustka.
Właśnie gdy miał chwycić za telefon, żeby zadzwonić na policję, do jego uszu dotarł cichy dźwięk. Głos. Bardzo niski, miękki, niczym stara melodia. Nie dochodził z góry ani z ogrodu. Dochodził z dołu. Z piwnicy, a raczej z garażu, gdzie zaparkowane były jego luksusowa limuzyna i nowy samochód sportowy Isabelle.
Alexandre zszedł po schodach dla służby, napięty jak cięciwa łuku. Każdy krok na betonie odbijał się echem w jego piersi. Kiedy otworzył ciężkie, metalowe drzwi garażu, zapach opon i kurzu uderzył go w twarz. W pomieszczeniu panowała ciemność, oświetlona jedynie przyćmionym pomarańczowym blaskiem awaryjnej lampki nocnej w kącie, za rzędami narzędzi.