Wsypałam mężowi środek przeczyszczający do kawy, zanim wyszedł na spotkanie z kochanką.
Patrzyłam, jak go połyka, jakby nie pił własnego wstydu.
Myślałam, że najgorsze będzie zobaczenie, jak biegnie do łazienki przez zaciśnięte zęby. Ale dwie godziny później, kiedy wróciłam do domu, znalazłam coś, co zmroziło mnie do szpiku kości o wiele bardziej niż jego zdrada.
Ten poranek zaczął się od drogich perfum.
Nie moich.
Tych, o które prosiła go w SMS-ie dzień wcześniej.
Laurent stał przed lustrem w naszej sypialni, poprawiając granatową koszulę, którą, jak twierdził, zarezerwował na „ważne spotkania”.
Spryskał się perfumami na szyi.
Potem na nadgarstkach.
A potem znowu na klatce piersiowej.
Za dużo perfum do pracy.
Za dużo uśmiechu jak na poniedziałkowy poranek.
Za dużo zamieszania jak na mężczyznę, który miesiącami nawet nie zauważył, kiedy zmieniłam fryzurę.
Siedziałam w kuchni naszego mieszkania w 15. dzielnicy, niedaleko Rue du Commerce, i patrzyłam, jak kawa parzy się w jego ulubionym kubku.
Tym czarnym.
Tym z napisem: „Najlepszy mąż na świecie”.
Czasami kubki mają okrutniejsze poczucie humoru niż ludzie.
W dłoni trzymałam małą buteleczkę.
Nie nazwałabym tego impulsywnym działaniem.
Impuls trwa kilka sekund.
Mój trwał już od miesięcy.
Od momentu, gdy połączenia zostały przerwane w chwili, gdy weszłam do pokoju.
Od momentu, gdy usłyszałam „klient przedłużył wizytę”.
Od momentu, gdy koszule pachniały słodkimi perfumami, których nie miałam na sobie.
Od momentu, gdy zobaczyłam rachunki z restauracji w Saint-Germain-des-Prés.
A zwłaszcza od wiadomości, którą przeczytałam poprzedniej nocy, gdy spał na plecach, chrapiąc jak człowiek bez skrupułów.
„Będę na ciebie czekać jutro. Nie zapomnij o perfumach, które uwielbiam”.
Chloé.
Nowa asystentka.
Dwadzieścia sześć lat.
Czerwone paznokcie.
Skromny, dziewczęcy uśmiech.
Ta sama, która powiedziała mi kiedyś w biurze Laurenta w La Défense:
„Och, pani Moreau, Laurent tyle o pani mówi”.
Tak.
Prawdopodobnie po to, żeby wytłumaczyć, dlaczego nie mógł u niej spać.
„Czy to kawa dla mnie?” – zapytał Laurent z progu kuchni.
Poprawiał pasek.
Z tą radosną niecierpliwością, której już nie miał, kiedy wychodziliśmy razem.
Podałam mu filiżankę.
„Mały prezent”.
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
„I co, masz dziś dobry humor?”
Uśmiechnęłam się.
„Nauczyłem się od ciebie. Jak udawać”.
Zaśmiał się nerwowo, ale wypił.
Jeden łyk.
Dwa.
Trzy.
Dopił wszystko.
Nie dziękując mi.
Nie zauważając, że drży mi ręka.
Nie wyobrażając sobie, że tego ranka to nie ja przełknę coś gorzkiego.
„A dokąd idziesz, cały wyperfumowany?” zapytałem.
„Na spotkanie.”
„Na spotkanie?”
„Strategia, klienci, akta… znasz procedurę.”
Tak.
Wiedziałem.
Znałem hotel.
Znałem godzinę.
Znałem jego imię.
Wiedziałem nawet, że Chloé poprosiła go, żeby założył szary krawat, bo „przynosił mu szczęście”.
„No cóż, powodzenia w realizacji strategii” – powiedziałem.
Laurent wziął kluczyki.