Chłopak położył na ladzie dwa złote i cicho zapytał: “Czy za to starczy na kawę?”
Ktoś za nim parsknął: “Za dwa złote to dziś nawet cukru nie dają”.
Właśnie zamykałam kasę, właściciel stał obok, zły po słabym utargu, a w kieszeni fartucha miałam napiwki z całego tygodnia. To były moje pieniądze na benzynę, chleb i tabletki na ciśnienie.
Chłopak usłyszał śmiech i zaczął zgarniać monetę z powrotem.
Tak szybko, jakby z góry wiedział: zaraz poproszą go, żeby wyszedł.
Przykryłam jego dłoń swoją.
“Zostaw”.
Podniósł na mnie oczy. Bardzo młody. Osiemnaście, może dziewiętnaście lat. Chudy, ze spierzchniętymi ustami, w kurtce nie na swój rozmiar. Na ramieniu stara sportowa torba. Zamek się rozszedł i zdążyłam zobaczyć w środku dwie koszulki, szczoteczkę do zębów, reklamówkę i pogniecioną kopertę.
Wszystko.
Pracowałam wtedy w małym barze przy krajówce pod Zieloną Górą. Nie restauracja, nie ładne miejsce dla turystów. Zwykły przydrożny bar: kawa przy ladzie, makaron na obiad, kanapki w witrynie, kierowcy, robotnicy, emeryci ze swoim wiecznym “to co zawsze”. Podłoga pod wieczór kleiła się od cukru, w toalecie ciągle psuł się zamek, a ekspres do kawy ciekł tak długo, że podstawialiśmy pod niego kubek i udawaliśmy, że tak ma być.
Właściciel nazywał się Ryszard. Nie był potworem, tylko człowiekiem, który liczył każdy kawałek chleba tak, jakby ten chleb ktoś wyciągał mu prosto z ust. Bar został mu po ojcu, długi po bracie, nerwy wyładowywał na nas. Jego ulubione zdanie brzmiało:
“Celina, to nie jest noclegownia”.
Mam na imię Celina. Tego wieczoru byłam na nogach od szóstej rano. Ciągnęło mnie w krzyżu, bolały nogi, głowa dudniła od kawy, talerzy i cudzych głosów. Marzyłam już tylko o tym, żeby zamknąć drzwi, zdjąć fartuch i dojechać do domu na tej resztce benzyny, która została w baku.
A tu ten chłopak.
Stał przed ladą i nie patrzył prosto w twarz. Dwa złote leżały między nami, a przy stoliku pod oknem Wiesiek, nasz stały kierowca ciężarówki, już uśmiechał się do swojego talerza.
Wiesiek nie był zły. Po prostu najedzeni ludzie czasem mówią podłe rzeczy lekko, nie myśląc, że ktoś obok może się złamać od jednego zdania.
“Celina, nie zaczynaj”, powiedział Ryszard zza kasy.
On już wszystko widział.
Chłopak drgnął i jeszcze szybciej zaczął chować monetę.
“Przepraszam”, powiedział. “Nie wiedziałem, ile kosztuje. Pójdę”.
To jego “przepraszam” uderzyło mnie mocniej niż te dwa złote. On nie przepraszał za to, że ma za mało pieniędzy. On przepraszał za to, że w ogóle wszedł.
Wzięłam filiżankę.
“Usiądź tam. Przy oknie”.
Zamarł.
“Nie będę, jeśli nie wolno”.
“Wolno”.
Ryszard chrząknął.
“Celina”.
Nawet na niego nie spojrzałam.
“Usiądź”, powtórzyłam chłopakowi. “Kawę ci przyniosę”.
Usiadł przy najdalszym stoliku. Torby z ramienia nie zdjął. Przycisnął ją obiema rękami do siebie, jakby w środku nie były dwie koszulki, tylko całe jego życie.
Nalałam kawy. Potem poszłam na kuchnię.
Został tam makaron z sosem, kawałek chleba, dwa klopsy i niewielki kawałek sernika. Jedzenie i tak miało pójść do odpisu. Ryszard lubił mówić, że jutro “da się coś z tego zrobić”, ale najczęściej połowa lądowała w czarnym worku, kiedy nikt już nie patrzył.
Położyłam wszystko na talerzu.
Kucharz Jurek spojrzał na mnie.
“Znowu?”
“Milcz”.
“Milczę. Tylko Ryszard zaraz będzie ryczał”.
“Niech ryczy”.
Przyniosłam talerz chłopakowi. Zobaczył jedzenie i cały się skulił.
“Ja o to nie prosiłem”.
“Wiem”.
“Nie będę mógł zapłacić”.
“To też wiem”.
Spojrzał na mnie prawie ze strachem.
“To po co?”