“Bo jesteś głodny. Jedz”.
Nie od razu wziął widelec. Najpierw patrzył na talerz, potem na mnie, potem na drzwi. Widziałam, jak myśli: zaraz zabiorą, zaraz wyrzucą, zaraz ktoś powie, że za dużo sobie pozwolił.
Odeszłam do lady i zaczęłam wycierać szklanki, żeby się na niego nie gapić.
Przez pierwsze minuty jadł wolno. Potem szybciej. Potem znowu się zatrzymał, jakby zawstydził się własnego głodu. Udawałam, że jestem zajęta.
Ryszard podszedł do mnie od tyłu.
“Rozumiesz, że jeśli on wyjdzie i nie zapłaci, to idzie z twoich?”
“Rozumiem”.
“Masz jakieś dodatkowe pieniądze?”
“Nie”.
“To po co to robisz?”
Spojrzałam na niego.
“Ryszard, on ma w torbie szczoteczkę do zębów i dwie koszulki. Nie przyszedł ukraść ci makaronu”.
“Tego nie wiesz”.
“Wiem wystarczająco”.
Pokręcił głową.
“Dzisiaj jeden, jutro pięciu. Jesteś za miękka”.
“A ty za bardzo boisz się kromki chleba”.
Chciał odpowiedzieć, ale do sali weszło dwóch robotników i musiał iść do kasy. Wiesiek przy stoliku parsknął, ale już ciszej. Patrzył w swój talerz i dłubał chlebem w sosie.
Kiedy chłopak zjadł połowę, podeszłam.
“Jak masz na imię?”
Wytarł usta serwetką.
“Mirek”.
“Ile masz lat, Mirek?”
“Osiemnaście”.
“Skąd idziesz?”
Opuścił oczy.
“Z placówki”.
Nie dopytywałam od razu. Są rzeczy, które ludzie opowiadają dopiero wtedy, kiedy pozwoli się im przełknąć jedzenie.
Sam zaczął po paru minutach. Krótkimi zdaniami. Skończył osiemnaście lat, w placówce dali mu jeszcze miesiąc, potem musiał odejść. Rodziców nie ma. Ciotka kiedyś była, ale dawno przestała odbierać. Słyszał, że w sąsiednim miasteczku jest warsztat, gdzie czasem biorą chłopaków na próbę. Chciał tam dojść.
“Do czego?” zapytałam.
“Do czego wezmą. Hydraulika, pomocnik, nosić, myć, co każą. Nie chcę się po prostu wałęsać”.
Powiedział to spokojnie. Bez użalania się nad sobą. I od tego zrobiło się gorzej.
Miałam syna prawie w jego wieku. Mój syn wtedy się uczył, kłócił się ze mną, rzucał skarpetki pod łóżko i potrafił otworzyć lodówkę o trzeciej w nocy. Mój syn miał łóżko, klucz do domu, szafę z ubraniami i matkę, która się złościła, gdy nie dzwonił.
Mirek miał dwa złote i torbę, której bał się puścić.
Poszłam na zaplecze.
W kieszeni fartucha leżały napiwki z całego tygodnia. Dwadzieścia sześć złotych i czterdzieści groszy. Pamiętałam dokładnie, bo rano je przeliczałam i już w głowie dzieliłam: benzyna, chleb, tabletki na ciśnienie, trochę synowi na bilet.
Trzymałam te pieniądze w ręce i byłam wściekła. Na siebie. Na Ryszarda. Na tego chłopaka. Na świat, w którym osiemnastoletni człowiek musi pytać, czy za dwa złote starczy mu na kawę.
Potem wzięłam papierową serwetkę i napisałam adres małego pensjonatu dwa kilometry od baru. Właścicielka miała na imię Halina. Była ostra w języku, ale nie zła. Czasem wpuszczała na noc taniej tych, którzy nie przychodzili tam na odpoczynek.
Pod adresem napisałam: “Powiedz, że od Celiny z baru”.
Do reklamówki włożyłam chleb, resztę sernika, pojemnik z makaronem i butelkę wody.
Kiedy wróciłam, Mirek już stał.
“Pójdę”, powiedział. “Dziękuję za jedzenie”.
“Siadaj z powrotem”.
“Naprawdę muszę”.
“Gdzie? Na szosę?”
Ścisnął pasek torby.
Położyłam przed nim reklamówkę, serwetkę i pieniądze.
Od razu cofnął rękę.