“Nie”.
Czy człowieka naprawdę trzeba wyrzucić tylko dlatego, że położył na ladzie za mało?

Dziękuję, że czytacie do końca.
Część 2
Od razu cofnął rękę.
“Nie”.
“Tak”.
“Proszę pani, nie. Pani za te pieniądze pracuje”.
“Pracuję”.
“To dlaczego?”
Mogłabym powiedzieć coś mądrego. Ale po dwunastu godzinach na nogach mądre słowa nie przychodzą.
Powiedziałam:
“Bo dzisiaj one są bardziej potrzebne tobie niż mnie”.
Zakrył twarz dłonią. Ramiona mu zadrżały. Nie głośno. Prawie bez dźwięku. Tak płaczą ludzie, którzy boją się nawet swoim płaczem komuś przeszkodzić.
Włożyłam dwuzłotówkę do małego papierowego kubeczka.
“To zostawię tutaj”.
Szybko podniósł głowę.
“Nie, ja powinienem…”
“Nic mi nie jesteś winien. Kiedyś będziesz mógł, zrobisz tak samo dla kogoś innego”.
Patrzył na mnie, jakbym mówiła w obcym języku.
“Dla kogo?”
“Zobaczysz”.
Przed wyjściem niezgrabnie mnie objął. Mocno, gwałtownie, jakby nie miał wprawy w takich rzeczach. Potem od razu się odsunął, zaczerwienił, wymamrotał “dziękuję” i wyszedł.
Patrzyłam przez szybę, jak idzie wzdłuż drogi. Latarnia migała, torba obijała mu się o biodro, reklamówkę z jedzeniem trzymał obiema rękami.
Ryszard podszedł do lady.
“Zadowolona?”
Wstawiłam kubeczek z dwuzłotówką do szuflady pod kasą.
“Nie”.
Chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
Następnego dnia Ryszard potrącił mi kawę i makaron. Nie wszystko, ale dość, żebym złościła się przez tydzień. Benzynę tankowałam drobnymi. Tabletki kupiłam nie te co zwykle, tylko tańsze. Synowi powiedziałam, że pieniądze dam później.
O Mirku myślałam często. Czy doszedł do pensjonatu. Czy Halina go wpuściła. Czy rano dotarł do warsztatu. Czy ktoś go nie oszukał. Czy nie wsiadł do auta z kimś, do kogo nie powinien wsiadać.