Potem dni znowu stały się jednakowe. Kawa, talerze, zamówienia, zrzędzenie Ryszarda, Wiesiek ze swoją zupą, Jurek na kuchni, ból nóg wieczorem. Czasem otwierałam szufladę pod kasą i widziałam ten papierowy kubeczek. Dwa złote leżały tam jak mały dowód, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.
Minęło pięć lat.
W tym czasie syn wyjechał do innego miasta. Ja zaczęłam wolniej wstawać rano. Ryszard postarzał się i marudził jeszcze bardziej, choć wydawało mi się, że bardziej już się nie da. Ekspres do kawy dalej ciekł, tylko teraz podstawiali pod niego nie filiżankę, a plastikowy pojemnik.
W pewien wtorek w porze obiadu bar był pełny. Dwóch budowlańców kłóciło się o rachunek, kobieta przy witrynie domagała się kawy “bez tej goryczy”, Jurek krzyczał z kuchni, że skończyły się czyste talerze.
Do środka wszedł mężczyzna w roboczej kurtce.
Zwykła kurtka. Czysta, ale przetarta. Buty z metalowym noskiem. Twarz dorosła, zmęczona, spokojna. Nie bogaty. Po prostu człowiek, który sam płaci za swój obiad i wie, dokąd pójdzie potem.
Usiadł przy stoliku pod oknem.
Tym samym.
Podeszłam z notesem.
“Co podać?”
Uśmiechnął się.
“Kawę. Dzisiaj mam trochę więcej niż dwa złote”.
Na początku nie zrozumiałam. Potem spojrzałam na jego ręce.
Silne, suche, z małymi skaleczeniami przy palcach. Paznokcie krótko obcięte. Na prawej dłoni stara blizna przy kciuku.
Poznałam ręce wcześniej niż twarz.
“Mirek?”
Wstał.
Położyłam notes na stole, bo nagle osłabły mi palce.
“Celina”, powiedział.
I uśmiechnął się tak, że zobaczyłam tamtego chudego chłopaka z torbą.
Objął mnie już ostrożniej. Po dorosłemu.
“Chciałem przyjść wcześniej”, powiedział. “Wstyd mi było”.
“Za co?”
“Za to, że wtedy wyszedłem z pani pieniędzmi”.
“Sama ci dałam”.
“Wiem. Ale jednak”.
Usiedliśmy. Ryszard zza kasy patrzył tak, jakbym znowu zamierzała rozdać cały bar za darmo.
Mirek opowiedział.
Halina wpuściła go wtedy na noc. Wzięła mniej pieniędzy, dała ręcznik, rano nalała kawy i powiedziała: “Skoro Celina cię przysłała, to chyba nie jesteś całkiem stracony”. Potem poszedł do warsztatu. Za pierwszym razem go odprawili. Właściciel był zajęty i nie chciał brać “chłopaka z ulicy”. Mirek usiadł przy bramie i przesiedział do obiadu. Kiedy właściciel wyszedł drugi raz, powiedział:
“Mogę za darmo pozamiatać. Proszę mi dać tylko godzinę”.
Dali mu miotłę.
Tak został.
Najpierw mył podłogę, nosił rury, podawał klucze. Potem nauczył się wymieniać uszczelki, potem naprawiać piece, potem jeździć na zgłoszenia. Mylił się, kłócił, raz prawie odszedł, kiedy majster nazwał go “tym z bidula”. Wtedy wyjął z portfela moją serwetkę.
“Pan ją zachował?” zapytałam.
Wyciągnął portfel. Z niego złożoną na cztery papierową serwetkę. Miękką, wytartą, prawie przezroczystą na zgięciach. Mój adres się rozmazał, ale wciąż dało się go przeczytać.
“Nosiłem pięć lat”, powiedział Mirek. “Kiedy myślałem, że już koniec, patrzyłem na nią. Przypominałem sobie, że jedna kobieta przy szosie postanowiła mnie nie wyrzucić”.
Odwróciłam głowę, bo nie chciałam płakać na sali.
Położył na stole kopertę.
“Tam są pieniądze”.
“Mirek”.
“Dwieście sześćdziesiąt cztery złote”.
“Po co tyle?”
“Dziesięć razy więcej. Prawie. Słabo liczę procenty”.
Chciałam odsunąć kopertę, ale przykrył ją dłonią.
“Niech pani nie bierze dla siebie, jeśli pani nie chce. Proszę zostawić tutaj. Dla następnego”.
Dla następnego.