Wtedy zrozumiałam, że on jednak usłyszał mnie tamtej nocy.
Ryszard podszedł.
“Celina, masz salę”.
Mirek odwrócił się do niego.
“Ekspres panu cieknie”.
Ryszard od razu się spięł.
“Co?”
“Ekspres. Pewnie uszczelka. Jeśli pan chce, w niedzielę wpadnę i zobaczę”.
“Pan jest fachowcem?”
“Od pieców i rur. Ale z kawą też sobie poradzę”.
Ryszard natychmiast zrobił się uprzejmiejszy.
“No, jeśli to nie kłopot…”
Mało brakowało, a bym się roześmiała. Pięć lat wcześniej potrącił mi makaron, a teraz patrzył na Mirka jak na ważnego klienta.
W niedzielę Mirek przyszedł ze skrzynką narzędzi. Przez godzinę grzebał za ekspresem. Klął cicho, prosił o szmatę, latarkę, wodę. Podawałam. Ryszard stał obok i udawał, że rozumie.
Kiedy ekspres przestał cieknąć, Mirek zrobił dwie kawy.
“Ta na mój koszt”, powiedział.
“Ciebie nikt do kasy nie dopuści”, odpowiedziałam.
Uśmiechnął się.
“To proszę uznać, że zapłaciłem pięć lat temu”.
Przed wyjściem zostawił mi numer telefonu.
“Jeśli zobaczy pani kogoś takiego… proszę dzwonić”.
“Takiego, czyli jakiego?”
Spojrzał na stolik pod oknem.
“Kogoś, kto już prawie wyszedł, ale jeszcze stoi przy drzwiach”.
Włożyłam numer do szuflady obok koperty, serwetki i dwóch złotych.
Przez dwa miesiące nic się nie działo. Koperta leżała w szufladzie. Czasem otwierałam ją rano i patrzyłam. Nie ruszałam.
Potem przyszedł upalny dzień. Na sali pachniało tłuszczem, kawą i cudzym potem. Ludzie od gorąca robili się nerwowi. Ryszard kłócił się przez telefon z dostawcą. Wiesiek jadł przy swoim zwykłym stoliku.
Zauważyłam chłopaka przy dalszym stoliku. Nie podchodził do lady. Po prostu stał i patrzył, jak dwóch robotników wychodzi. Potem szybko wziął z ich talerza niedojedzoną bułkę i wsunął do plecaka.
Wiesiek zobaczył.
“Ej! Co ty kradniesz?”
Chłopak zastygł.
Miał jakieś dziewiętnaście lat. Ciemne włosy, sprana koszulka, plecak przyciśnięty do piersi. Twarz nie bezczelna. Pusta. Jak u człowieka, który już wie: zaraz go pogonią.
Ryszard wypadł zza lady.
“No i dlatego mówiłem! Zaraz dzwonię po policję”.
Chłopak wyszeptał:
“To tylko chleb”.
Wiesiek złapał go za rękaw.
“Tylko chleb. A potem kasę wyniesie”.
Podeszłam i zdjęłam rękę Wieśka z jego rękawa.
“Puść”.
“Celina, on kradnie”.
“Wziął kawałek chleba, który zostawiłeś na talerzu”.
“To nie ma znaczenia”.
“Dla ciebie nie”.
Chłopak stał czerwony. Bułka wystawała z plecaka jak dowód rzeczowy.
Zapytałam:
“Jak masz na imię?”
Milczał.
“Imię”.
“Olek”.
“Siadaj, Olek”.
Ryszard syknął:
“Celina”.
Odwróciłam się do niego.
“Jeśli chcesz dzwonić po policję z powodu kawałka chleba, dzwoń. Tylko ja też coś opowiem. Na przykład ile jedzenia wyrzucamy wieczorem, żeby rano witryna wyglądała świeżo”.
Ryszard zamilkł.