Wiesiek wrócił do stolika. Burknął coś o porządkach.
Posadziłam Olka przy stoliku pod oknem. Tak, tym samym. Trzymał plecak obiema rękami.
“Kiedy ostatnio jadłeś?”
“Wczoraj”.
“Co?”
“Herbatniki”.
Przyniosłam mu makaron, wodę i chleb. Nie rzucił się na jedzenie. Tylko patrzył na talerz, potem powiedział:
“Mogę iść”.
“Możesz. Po jedzeniu”.
Jadł powoli, jakby wciąż czekał, że ktoś go zatrzyma. Poszłam na zaplecze, wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Mirka.
Odebrał szybko.
“Celina?”
“Jest chłopak. Nie prosił. Ukradł chleb”.
Cisza.
“Głodny?”
“Bardzo”.
“Jadę”.
“Jesteś w pracy?”
“Wszyscy są w pracy”.
Po dwudziestu pięciu minutach wszedł do baru w brudnej roboczej koszulce, ręce umyte byle jak. Usiadł naprzeciwko Olka.
“Celina mi powiedziała, że ukradłeś chleb”.
Olek się spiął.
“No i?”
“Słabo ukradłeś. Trzeba było brać z kuchni, tam jest więcej”.
Prawie upuściłam filiżankę.
Olek podniósł oczy.
Mirek spokojnie ciągnął dalej:
“Żartuję. Nie trzeba kraść. Potem zaczniesz nienawidzić samego siebie jeszcze bardziej. Wiem coś o tym”.
“Pan mnie nie zna”.
“Znam ten stolik”.
Olek spojrzał na niego.
“I co z tego?”
“Pięć lat temu siedziałem tutaj z dwoma złotymi. Celina dała mi jeść i wysłała na noc tam, gdzie mnie nie wyrzucili”.
Olek prychnął.
“Ładna bajka”.
“Nie. Tam było dużo brudu, krzyku, wstydu i roboty. Ale nie kłamię”.
Powiedział to bez pięknych słów. I Olek nie znalazł sposobu, żeby to zbyć.