Podróż samochodem z Paryża do małej wioski w Luberon była najdłuższą w życiu Elise. Silnik jej niemieckiego sedana wciąż chodził, ale nie pamiętała nawet, kiedy go wyłączyła. Jej dłonie drżały gwałtownie na skórzanej kierownicy, a w piersi paliła ją toksyczna mieszanka wściekłości, poczucia winy i głębokiego smutku.
„Powinienem był wrócić wcześniej…”
Ta fraza rozbrzmiewała w jej głowie jak zdarta płyta. Deszcz smagał przednią szybę, zasłaniając prowansalskie wzgórza, które tak dobrze znała. Podczas siedmiogodzinnej jazdy wspomnienia atakowały ją niczym nieustająca burza. Znów zobaczyła Marcela, z odciskami na dłoniach od pracy w polu, który uczył ją przycinać drzewa oliwne z nieskończoną cierpliwością.
„Ziemia potrzebuje czasu, moja mała Elise… ale zawsze odwdzięcza ci się stokrotnie za to, co z miłością zasiałaś” – mawiał jej z silnym południowym akcentem.
Pamiętała Colette, delikatnie dmuchającą na miskę parującej zupy cebulowej w starej kamiennej kuchni, żeby się nie poparzyć.
„Zjedz wszystko, mój aniołku… twój mózg potrzebuje siły do studiów prawniczych” – mruczała staruszka, głaszcząc ją po włosach.
Nie byli jej biologicznymi rodzicami. Elise była tylko dzieckiem w rodzinie zastępczej, zbuntowaną i zagubioną nastolatką w wieku 13 lat, przyłapaną na kradzieży owoców na targu. Zamiast wezwać policję, Marcel zaoferował jej posiłek, dach nad głową i przyszłość. Poświęcili swoje skromne oszczędności, sprzedali część ziemi, żeby sfinansować jej uniwersytet w Paryżu. A dziś te dwie czyste dusze, ci chłopi, którzy uosabiali wszystko, co najszlachetniejsze we Francji, siedzieli zamknięci w celi.
Elise zacisnęła zęby, aż rozbolała ją szczęka.
„Nie…” – mruknęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. – „Nie pozwolę, żeby to się stało”.
Lokalna żandarmeria mieściła się w zimnym, szarym, betonowym budynku, którego ściany wyżłobiła wilgoć. Ponure miejsce, które zdawało się zapomniane przez czas. Elise wysiadła z samochodu zdecydowanym krokiem. Jej dopasowany czarny garnitur, szpilki i aura paryskiej prawniczki z wyższych sfer ostro kontrastowały z nędzą panującą w tym miejscu. Żandarm w recepcji, korpulentny mężczyzna, podniósł wzrok znad gazety.
„Szuka pani kogoś?” Elise wyjęła swoją legitymację adwokacką z Paryża i położyła ją szorstko na ladzie.
„Jestem Maître Elise Fontaine”. Przyszedłem zobaczyć dwoje zatrzymanych: Marcela i Colette Dubois.
Żandarm wpatrywał się w nią, zaskoczony jego lodowatym tonem.
„Czy jest pani rodziną?” Elise wzięła głęboki oddech, przełykając gulę w gardle.
„O wiele więcej. Proszę mnie przepuścić. Natychmiast.”