Pojechałem do schroniska wziąć jednego kota.
Jedną miskę. Jeden transporter. Jedną żywą istotę, która wieczorem będzie czekać w mieszkaniu, kiedy wrócę z pracy i znowu nie będę musiał udawać, że cisza mi nie przeszkadza.
Taki był plan.
A potem ten drugi, mniejszy, przyczepił się do brata z taką rozpaczą, że aż zabrakło mi powietrza.
I zrozumiałem, że jeśli wyjdę stamtąd tylko z jednym, to zrobię dokładnie to samo, co życie zrobiło ze mną po rozwodzie.
Rozdzielę tych, którzy jeszcze potrafią trzymać się razem.
Mieszkałem wtedy sam od ośmiu miesięcy w dwupokojowym mieszkaniu na poznańskich Winogradach. Blok z wielkiej płyty, cienkie ściany, sąsiad z góry, który spuszczał wodę zawsze wtedy, kiedy człowiek prawie zasypiał, i wykładzina w przedpokoju tak zmęczona, że wyglądała brudno nawet po odkurzaniu.
Po rozwodzie stałem się ostrożny we wszystkim.
Kupowałem najtańszą kawę. Przykręcałem kaloryfer bardziej, niż powinienem. Jadłem zupę z garnka trzy dni z rzędu i mówiłem sobie, że to rozsądek, a nie smutek. Przestałem zapraszać ludzi, bo nie chciało mi się tłumaczyć, że tak, radzę sobie, tak, jest dobrze, tak, człowiek się przyzwyczaja.
Największe kłamstwo brzmiało właśnie tak:
“Jest dobrze.”
Nie było.
Mieszkanie nie było domem. Było miejscem, w którym odkładałem klucze, płaciłem rachunki i zasypiałem z telefonem w ręku, żeby nie słyszeć własnych myśli.
Któregoś dnia koleżanka z pracy powiedziała przy ekspresie:
“Weź kota.”
Zaśmiałem się.
“Kota?”
“Tak. Nie dla dekoracji. Dla rytmu. Żebyś rano miał kogo nakarmić. Żeby ktoś ci przewrócił kubek, jak za długo będziesz udawał martwego w środku. Żeby po pracy nie wracać do pustego powietrza.”
Powiedziała to niby żartem, ale trafiła dokładnie tam, gdzie nie chciałem, żeby ktokolwiek zaglądał.
Myślałem o tym przez dwa tygodnie.
Potem ustaliłem zasadę.