Mikołaj uderzył Annę Pietrzak pięścią w pierś tak mocno, że stara kobieta poleciała do progu, zgubiła chustkę z głowy i upadła na plecy. Przez chwilę leżała bez tchu, zasłaniając twarz dłońmi, pewna, że zięć zaraz zacznie ją dobijać. Ale pijany, czerwony na twarzy Mikołaj nagle stracił nią zainteresowanie.
Odwrócił się do kąta izby, gdzie jego żona Maria tuliła do siebie dwuletniego Jasia. Pod stołem płakały starsze dzieci, Staszek i Ola, przyciśnięte do siebie jak dwa przestraszone pisklęta. W domu śmierdziało samogonem, potem i dymem z pieca, a za oknem styczniowy wiatr szarpał płotem tak mocno, jakby sam chciał wedrzeć się do środka.
— Ty znowu matkę sprowadzasz? — ryknął Mikołaj, chwiejąc się na nogach. — W moim domu będzie mnie baba uczyć porządku?
Maria nie odpowiedziała. Już dawno przestała się tłumaczyć. Tłumaczenia tylko wydłużały bicie.
Dla Mikołaja żona od dawna była wszystkim, co w nim budziło pogardę: chuda, sina pod oczami, z wiecznym strachem przy ustach. Gdy był trzeźwy, milczał i patrzył przez nią jak przez pustą szybę. Gdy wracał pijany od Zośki Teleś z chałupy pod lasem, z kieszenią pachnącą bimbrem, ręce same szukały winy na cudzym ciele.
Zośka była okrągła, śmiejąca się i zawsze miała coś w butelce dla „dobrego gościa”. Do niej Mikołaj chodził nocami, a do domu wracał z gniewem. Bo Zośki za żonę wziąć nie mógł. We wsi by go wyśmiali. Ale bić Marię mógł. To ludzie nazywali „domową sprawą”.
Tego wieczoru Anna nie wytrzymała. Przyszła, gdy usłyszała krzyki przez podwórko, i rzuciła się między zięcia a córkę. Długo nie stała. Dostała raz, potem drugi, aż w końcu Mikołaj złapał ją za kożuch i wyrzucił z sieni na śnieg. Za nią poleciała Maria, zakrwawiona, w rozpiętej bluzce, z Jasiem przyciśniętym do piersi. Staszek z Olą wybiegli sami, nie czekając, aż ojciec przypomni sobie o nich.
— Nie wracać mi tu! — wrzasnął Mikołaj z progu. — Bo wszystkich pozabijam!
Zatrzasnął drzwi i założył żelazny haczyk.
Biegli przez wieś w skarpetkach i cienkich koszulach, ślizgając się na zamarzniętych koleinach. Anna trzymała Marię pod ramię, Staszek ciągnął Olę, a mały Jaś wył tak, że sąsiedzi pewnie słyszeli, ale nikt nie otworzył drzwi. W takich sprawach ludzie nagle tracą słuch.
W chacie Anny dzieci wsadzono na ciepły zapiecek, owinięto w koce i stare spódnice. Maria usiadła na skrzyni, z twarzą tak spuchniętą, że jedno oko prawie się zamknęło. Anna obmyła jej policzek mokrą szmatą i dotknęła palcami pękniętej wargi.
— Zabije cię kiedyś — powiedziała cicho. — Wracaj do mnie. Weź dzieci. Jakoś wyżyjemy.
— A wtedy zabije i ciebie — odparła Maria, opierając plecy o ścianę. Każdy oddech rwał ją w piersiach. — Sama wiesz, mamo. To nie pierwszy raz. On nas w spokoju nie zostawi.
Anna nie odpowiedziała. Bo wiedziała.
Gdy Maria zasnęła pod ciężkim kożuchem, a dzieci wreszcie przestały drżeć, Anna usiadła przy stole i patrzyła na swoje ręce. Były spracowane, pomarszczone, popękane od mrozu. Takimi rękami całe życie nosiła wodę, rąbała drewno, podnosiła dzieci, zasłaniała twarz przed mężem, który bił ją za to, że zamiast syna urodziła czwartą córkę.
I teraz jej Maria żyła tak samo.