Nie trochę podobnie. Tak samo.
Anna wstała powoli. Zawinęła chustkę na głowie, wsunęła nogi w walonki i wyszła w noc. Śnieg padał gęsto, miękko, jakby świat chciał przykryć wszystko, czego ludzie nie mieli odwagi zobaczyć.
Doszła do domu zięcia, trzymając się płotów. Przez okno zobaczyła jego nogi w wełnianych skarpetach. Leżał na podłodze przy piecu, pijany, rozgrzany, z twarzą mokrą od potu. Spał ciężko.
Drzwi komórki były zamknięte na haczyk, ale Maria i Anna miały swój sekret: mały drucik z pętelką, ukryty przy futrynie. Wystarczyło pociągnąć, a haczyk podnosił się bezszelestnie.
Anna weszła do izby na palcach.
W piecu tliły się jeszcze węgle.
Wzięła pogrzebacz.
I spojrzała na zasuwę komina.
Ciąg dalszy poniżej
