Część 2 — Kiedy cisza wreszcie przestała się bać
Anna długo stała przy piecu, z pogrzebaczem w dłoni. W izbie było gorąco, prawie duszno. Mikołaj chrapał na podłodze, z głową na starej kufajce, ciężki od samogonu i własnej przemocy. Na czole błyszczały mu krople potu, a z ust ciekła ślina. Wyglądał teraz nie jak pan domu, tylko jak wielkie, bezwładne ciało, które przez lata trzymało wszystkich w strachu.
Anna rozgarnęła węgle. Nie było ich dużo. Nie było mało. Akurat tyle, żeby w ciasnej izbie zrobiło się zdradliwe powietrze, jeśli człowiek zamknie wylot za wcześnie i zaśnie przy podłodze.
Myśl przyszła spokojnie. Nie jak gniew. Nie jak krzyk. Raczej jak zimna odpowiedź po latach pytań.
„Na wszystko wola Boża. Niech będzie, jak ma być”.
Wyciągnęła rękę ku zasuwie pod sufitem i domknęła ją powoli. Metal zaskrzypiał cicho. Mikołaj poruszył się, zamruczał coś przez sen, ale nie obudził się. Anna zamarła, licząc uderzenia własnego serca. Raz. Drugi. Trzeci. Nic.
Odłożyła pogrzebacz za piec, trochę głębiej niż zwykle, jakby sama przed sobą chciała ukryć, że w ogóle trzymała go w ręku. Potem wyszła tą samą drogą, zamknęła haczyk drucikiem od zewnątrz i stanęła na progu.
Oddychała ciężko. Pot lał jej się po plecach, choć mróz od razu chwycił mokrą chustkę przy włosach. Przez chwilę miała wrażenie, że całe niebo patrzy właśnie na nią. Ale wieś spała. Psy nie szczekały. W oknach było ciemno. A śnieg padał coraz mocniej, zakrywając jej ślady, jakby ktoś z góry rozsypywał białą ciszę na drogę.
Do domu wróciła z lekkim sercem i ciężkimi nogami.
— Mamo, to ty? — Maria poderwała się na łóżku.
Jej twarz wyglądała jeszcze gorzej niż wieczorem. Siniaki ciemniały, warga pękła na nowo, a oczy błyszczały spod kożucha jak u zwierzęcia, które słyszy myśliwego za drzwiami.
— Ja. Leż, nie bój się — powiedziała Anna, ściągając walonki. Chustka przymarzła jej do włosów, musiała ją odrywać powoli. — Śpi on. W okno patrzyłam. Nie przyjdzie.
— Zamknij drzwi, mamo.
— Zamknięte. Śpij. Ranek mądrzejszy od wieczora.
Maria chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zmęczenie było silniejsze. Opadła na poduszkę i przytuliła Jasia, który przez sen łapał ją za koszulę. Anna położyła się na ławie przy piecu. Sen przyszedł szybko, twardy i czarny, jakby ciało samo postanowiło nie pytać duszy o pozwolenie.
Pod ranek śnieg sypnął tak, że zaspy urosły prawie po parapety. Ślady Anny zniknęły całkowicie. Wieś obudziła się powoli, z kominami wypuszczającymi dym i kogutami, które darły się, jakby nic na świecie nie mogło się zmienić przez jedną noc.
Po raz pierwszy od dawna Maria i dzieci spały spokojnie. Nikt nie walił pięścią w drzwi. Nikt nie wrzeszczał w sieni. Nikt nie kazał im ustawiać się pod ścianą jak winowajcom.
Anna wstała późno. Wyciągnęła z kąta dużą patelnię.
— Placków nasmażę. Dzieci zjedzą, potem zobaczymy.
Maria zerkała w okno.