— Do domu by trzeba. Krowa głodna. Piec pewnie wygasł.
Anna popatrzyła na nią surowo.
— Zjedz najpierw.
Ale rozumiała. Córka była zamężna. Miała własną izbę, oborę, dzieci, robotę. We wsi kobieta nie mogła długo siedzieć u matki, choćby wracała z pękniętą twarzą. Ludzie zaraz pytali, szeptali, liczyli cudze siniaki i cudze garnki.
— Idź potem z Bogiem — powiedziała w końcu Anna. — Przespał się pewnie ten twój Mikołaj. Może już i przetrzeźwiał.
Maria nie spojrzała jej w oczy.
Piętnaście minut później krzyk rozniósł się po ulicy tak ostro, że kury u sąsiadów zerwały się z grzędy.
— Niuśka! — krzyczała sąsiadka, biegnąc do domu Anny, zadyszana, z rozwiązaną chustą. — Zięć twój zaczadział! W piecu zasuwę zamknął, pijany legł i zaczadział! Matko Boska, co teraz będzie z Mańką bez chłopa?
Anna uderzyła dłońmi w boki.
— Nieszczęście! — jęknęła tak, że sąsiadka aż się przeżegnała. — Dzieci sierotami zostawił, gad jeden.
Pogrzeb i stypa minęły jak w siwym dymie. Ludzie jedli, pili, żałowali Marii i dzieci. Niektórzy płakali po pijanemu, bo na pogrzebach płacze się czasem bardziej za sobą niż za zmarłym. Ktoś mówił, że Mikołaj był porywczy, ale gospodarz z niego nie najgorszy. Ktoś inny szeptał, że sam sobie winien, bo ile można pić i spać przy piecu jak bydlę.
Maria nie miała czasu płakać. Nosiła miski, dolewała kompotu, kroiła chleb, zmywała naczynia. Jej starsze siostry przyjechały z miasta, żeby ją wesprzeć, ale same też nie usiadły przy stole, dopóki nie nakarmiły połowy wsi. Takie już było kobiece żałowanie: nawet nad trumną trzeba było pamiętać, czy starczy kapusty.
Dopiero gdy ostatni goście wyszli, kobiety usiadły w kuchni. Stół był lepki od wódki, na ceracie zostały mokre kółka po szklankach. Anna wygładzała dłonią zagięcia, jakby od tego zależał porządek całego świata.
— Wyjechać ci trzeba, Mańka — powiedziała. — Nina mówi, że w mieście można dostać robotę przy sprzątaniu klatek albo w pralni. Czasem pokój dają. Dzieciom też tam lepiej. Nauczą się czegoś, może innego życia lizną.
— Bez chłopa na wsi ciężko — dodała Nina, najstarsza siostra. — Młoda wdowa zawsze będzie komuś przeszkadzać. Albo będą żałować za głośno, albo patrzeć za chciwie.
Całą noc gadały. O mieście, o szkole dla dzieci, o tym, co sprzedać, co zabrać, komu oddać krowę, za ile puścić świniaka. Maria słuchała, czasem kiwała głową, czasem zaciskała palce na kubku, jakby trzymała się ostatniej znanej rzeczy na świecie.
Gdy krewni rozjechali się po kilku dniach, Anna i Maria zamknęły dom Mikołaja i przeniosły się do starej chaty Anny. Nie chciały spać tam, gdzie niedawno leżało martwe ciało. Niby człowiek wie, że umarły już nie wstanie, ale nocą drewno trzeszczy inaczej, a cień przy piecu wygląda jak ktoś, kto czeka.
Wieczorem Maria długo milczała. Dzieci spały na zapiecku, zmęczone po dniach zamieszania. W izbie paliła się mała lampka. Anna łatała starą koszulę Staszka, choć oczy jej się kleiły.
— Mamo — odezwała się Maria cicho. — Ty wtedy w nocy chodziłaś do Mikołaja?
Igła zatrzymała się w palcach Anny.