— A gdzie tam. W okno popatrzyłam i wróciłam. Bałam się wchodzić. Pijany był, jeszcze by mnie czymś zabił.
— I nie widziałaś, że zasuwa zamknięta?
— Nie widziałam, mówię przecież.
Maria skinęła głową. Nie pytała dalej.
Ale wiedziała.
Wiedziała od razu, gdy weszła do izby po śmierci Mikołaja. Pogrzebacz leżał za piecem, jakby ktoś odrzucił go w pośpiechu. Na kufajce przy piecu było trochę białego pyłu od wapna, takiego samego jak na rękawie matczynej kaftanki. A przy progu, zanim sąsiedzi zdążyli wejść, zobaczyła odcisk walonka. Zygzakowaty, podbity tak osobliwie, że Maria znała ten ślad od dziecka.
Starła go szmatą, zanim zaczęła krzyczeć.
Krzyczała długo i głośno, aż zbiegli się ludzie. Krzyczała za siebie, za matkę, za dzieci, za wszystkie noce, kiedy nie wolno jej było krzyczeć. Nikt nie zauważył mokrej szmatki schowanej pod wiadrem.
Teraz patrzyła na dłonie Anny. Spracowane, czerwone, drżące lekko od zmęczenia. Te ręce tyle razy obierały ziemniaki, prały dziecięce koszule, rąbały drewno, podnosiły ją z podłogi i zasłaniały przed ciosem. Teraz mogły zrobić coś, czego żadna z nich nigdy nie wypowie na głos.
— Jeśli jest Bóg — powiedziała Anna, nie podnosząc oczu znad koszuli — to sam rozpozna, gdzie dobro, a gdzie zło. Jak osądzi, tak będzie.
Maria wstała powoli. Podeszła do matki i uklękła przy niej. Anna drgnęła, bo w ich świecie nie było zwyczaju całować matki po rękach. Matka nie była panią. Matka była od pracy, od garnków, od milczenia.
Ale Maria ujęła jej dłonie i przycisnęła do nich usta.