— Jeśli ciebie osądzi — wyszeptała przez łzy — to niech mnie razem z tobą. Razem będziemy te męki znosić.
Anna próbowała wyrwać ręce, ale córka trzymała mocno.
— My już swoje męki na ziemi przeszłyśmy — powiedziała stara kobieta. Głos miała suchy, ale oczy mokre. — Nie bój się więcej. Zapomnij i żyj.
Maria nie zapomniała. Nie da się zapomnieć nocy, która pachnie dymem, śniegiem i końcem strachu. Ale nauczyła się żyć obok tej pamięci.
Wiosną sprzedały część rzeczy z domu Mikołaja. Krowę wzięła sąsiadka za uczciwą cenę, świniaka odkupili krewni z drugiej wsi. Chatę zamknięto na skobel, a klucz Anna wsunęła głęboko do kieszeni fartucha, jakby zamykała nie dom, tylko całe dawne życie.
Maria przeprowadziła się z dziećmi do Białegostoku, do małej izby przy suterenie, którą pomogła załatwić Nina. Pracowała ciężko: sprzątała biura, prała, czasem dorabiała przy kuchni w szkolnej stołówce. Nie było łatwo. Zdarzały się dni, kiedy brakowało pieniędzy na mięso, a dzieci jadły kaszę z mlekiem trzeci raz w tygodniu.
Ale nocą spały.
To było największe bogactwo.
Staszek przestał zrywać się na każdy huk. Ola zaczęła śmiać się głośniej, a nie przez zaciśnięte usta. Jaś, który prawie nie pamiętał ojca trzeźwego, nauczył się biegać po podwórku bez oglądania się za siebie.
Anna została we wsi jeszcze rok, potem Maria zabrała ją do miasta. Stara kobieta narzekała na schody, na tramwaje, na hałas za oknem i na to, że w mieście ludzie nie wiedzą, kiedy kury chodzą spać. Ale wieczorami siadała przy oknie, patrzyła na dzieci odrabiające lekcje i milczała spokojniej niż kiedykolwiek.
Czasem Maria budziła się w nocy i słuchała. Żadnych kroków w sieni. Żadnego bełkotu za drzwiami. Żadnej pięści uderzającej w stół.
Tylko oddechy dzieci.
I ciche posapywanie matki za cienką ścianą.
Pewnej zimowej nocy, wiele lat później, Maria zobaczyła przez okno śnieg taki sam jak wtedy. Wielkie płaty spadały na podwórko, miękko zakrywając ślady ludzi wracających z pracy. Anna siedziała przy stole, już bardzo stara, z różańcem owiniętym wokół palców.
— Mamo — powiedziała Maria — myślisz czasem o tamtej nocy?
Anna długo obracała paciorek między palcami.
— A ty?
— Myślę.
— To pomódl się za wszystkich. Za niego też, jeśli potrafisz.
Maria usiadła naprzeciwko.
— Potrafisz?
Anna spojrzała na śnieg za oknem.
— Nie wiem. Ale próbować można. Bóg i tak lepiej wie, kto czego był wart.
Nie powiedziały nic więcej. Nie musiały.
Bo były prawdy, które w ich rodzinie nie potrzebowały nazw. Istniały w drobnych gestach: w startej szmatą podłodze, w ukrytym pogrzebaczu, w zamkniętym domu, w dzieciach, które pierwszy raz od lat spały bez strachu.
A gdzieś wysoko, jeśli naprawdę siedział tam anioł prowadzący rachunek grzechów i dobrych uczynków Anny Pietrzak, musiał tego dnia długo obracać ołówek w palcach.
Bo są czyny, które nie mieszczą się łatwo ani po jednej, ani po drugiej stronie księgi.