Zmuszono mnie do poślubienia biednego murarza w małym, zakurzonym miasteczku w Jalisco i myślałam, że moje życie się skończyło. Ale następnego ranka, kiedy zabrał mnie do magazynu za domem, odkryłam, że byłam w całkowitym błędzie.
Mój ślub odbył się w małym miasteczku pokrytym czerwonym pyłem w stanie Jalisco . Stary kamienny kościół stał na środku placu, a dźwięk dzwonów mieszał się z żywiołową muzyką mariachi. Zgodnie z meksykańską tradycją, rodzina pana młodego przyniosła jako ofiarę słodycze, tequilę i srebrny różaniec. Jednak pośród tej całej świątecznej atmosfery, ja – Isabela – czułam, że moje serce jest cięższe niż kiedykolwiek.
Spod kolorowych serpentyn konfetti, które przecinały dziedziniec, dobiegały szepty sąsiadów:
—Dziewczyna jest tak piękna, że zmuszają ją do poślubienia biednego murarza.
—Mówią, że pewien menadżer z Monterrey , który miał bardzo dobrą pensję, przyszedł poprosić ją o rękę, a jej ojczym odrzucił go bez zastanowienia.
Przygryzłam wargę, aż prawie zaczęła krwawić.
Odrzuconym mężczyzną był Alejandro: elegancki, zawsze elegancko ubrany, kierowca luksusowego samochodu. Obiecał, że zabierze mnie daleko od miasta, do apartamentowca z widokiem na wielką aleję. Zamiast tego, na dziedzińcu czekał na mnie Diego, murarz, który całe dnie spędzał pokryty cementem i kurzem.
Mój ojczym, Don Rafael, zadecydował o moim losie. Od momentu, gdy moja matka wyszła za niego za mąż, zachowywałam pełen szacunku dystans. Był człowiekiem poważnym, małomównym, o przenikliwym spojrzeniu. Kiedy oznajmił, że wyjdę za mąż za Diego, płakałam, aż zabrakło mi łez. Moja matka po prostu wzięła mnie za rękę i wyszeptała: