Marina
ostrożnie postawiła przed Galiną Siergiejewną filiżankę herbaty – z delikatnej porcelany z niebieskimi niezapominajkami, serwisu do herbaty jej babci, który przynoszono tylko na specjalne okazje. Dziś był właśnie taki dzień: pierwsza wizyta przyszłej teściowej.
„Mleko? Cukier?” zapytała Marina, próbując ukryć drżenie głosu.
Galina Siergiejewna nie odpowiedziała od razu. Powoli rozejrzała się po małym salonie – białe zasłony, które Marina uszyła sobie sama zeszłej wiosny, sięgające sufitu regały na książki, stary bujany fotel przy oknie. Jej wzrok był taksujący, zimny, jakby oceniała wartość każdego przedmiotu.
„Mieszkanie jest małe” – powiedziała w końcu. „Ale lokalizacja jest dobra”.
Marina usiadła na brzegu sofy i oparła dłonie na kolanach.
– Tak, to mieszkanie mojej babci. Wychowałem się tu.
„Rozumiem”. Galina Siergiejewna upiła łyk herbaty i skrzywiła się, mimo że była idealnie zaparzona. Odstawiła filiżankę na spodek z cichym odgłosem. „W takim razie powiem ci wprost, bez owijania w bawełnę. Jestem biznesmenką i nie lubię owijać w bawełnę”.
Marina skinęła głową, czując, jak całe jej ciało się napina.
„Ślubu nie będzie, dopóki nie przekażesz tego mieszkania mojemu synowi”. Głos Galiny Siergiejewny był spokojny, jakby rozmawiała o pogodzie. „Nie potrzebuję synowej, która mogłaby go zostawić na ulicy. Wadim jest moim jedynym synem i mam obowiązek chronić jego interesy”.
Filiżanka w dłoniach Mariny zadrżała, a herbata wylała się na brzeg spodka. Z trudem udało jej się postawić ją na stole, nie upuszczając. Serce waliło jej tak głośno, że zdawało się, że słychać je w całym mieszkaniu.
„Ale… nie rozumiem…” wyszeptała.
„Co jest takiego trudnego do zrozumienia?” Galina Siergiejewna odchyliła się na sofie, krzyżując ramiona. „Jesteś młoda, piękna. Dziś jesteś zakochana, a jutro się rozwiedziesz – i gdzie wyląduje mój syn? W akademiku? Nie pozwolę na to”.
Marina spojrzała na nią, niezdolna wykrztusić słowa. Jej mieszkanie. Jej dom. Miejsce, gdzie odrabiała lekcje przy tym samym stole, gdzie babcia piekła ciasta, gdzie każdy kąt krył wspomnienie o osobie jej najdroższej.
„To spadek po mojej babci” – zdołała w końcu powiedzieć. „Zostawiła mi mieszkanie”.
„Dokładnie. Zostawiłam to tobie, nie wam obojgu”. Galina Siergiejewna wstała i poprawiła torebkę na ramieniu. „Zastanów się dobrze, dziewczyno. Jeśli chcesz poślubić mojego syna, poznaj moje warunki. Masz dwa tygodnie”.
***
Minęły trzy dni od tamtej wizyty, ale Marina wciąż nie mogła się z tym pogodzić. Siedziała przy ladzie bibliotecznej, mechanicznie skanując karty biblioteczne i wydając książki, ale jej myśli krążyły gdzie indziej.
„Marino, wszystko w porządku?” Lidia Pietrowna, bibliotekarka, położyła jej dłoń na ramieniu. „Wyglądasz dziś trochę blado”.
„Wszystko w porządku” – skłamała Marina, wymuszając uśmiech. „Po prostu za mało spałam”.
Nie potrafiła tego stwierdzić. Nie potrafiła wyjaśnić, jak świat, który budowała przez ostatnie sześć miesięcy, nagle się zawalił. Świat, w którym ona i Vadim planowali czerwcowy ślub, wybrali tapetę do sypialni i marzyli o dzieciach.
Wadim. Jej słodki, roztargniony Wadim, z wiecznie rozczochranymi włosami i okularami na czubku nosa. Nauczyciel fizyki w szkole technicznej, który potrafił spędzić godzinę, wyjaśniając studentom prawa Newtona, a potem zapomnieć o jedzeniu, pogrążony w zadaniu. Który dawał jej nie kwiaty, a starocie znalezione na pchlich targach. Który całował ją tak czule, jakby była z porcelany.
Poznali się rok temu, kiedy Vadim przyszedł do biblioteki po podręczniki. Mówił z takim entuzjazmem o mechanice kwantowej, że Marina, która w szkole nienawidziła fizyki, słuchała z otwartymi ustami. Potem zaprosił ją na herbatę i rozmawiali aż do zamknięcia kawiarni.
Vadim mieszkał w akademiku – malutkim pokoju na czwartym piętrze, ze wspólną kuchnią i prysznicem na korytarzu. Po ślubie planowali przeprowadzić się do mieszkania Mariny. Wyobrażała sobie już, jak będą pić razem kawę w kuchni o poranku, jak Vadim stworzy kącik do nauki przy oknie, jak będą zasypiać przytuleni w jej starej, ale przytulnej sypialni.
A teraz wszystko szło w diabły z powodu Galiny Siergiejewny.
Matka Wadima była silną kobietą, przekonaną, że wie, co jest najlepsze dla jej syna. Wychowywała go samotnie po rozwodzie z mężem, inwestując w niego całą swoją energię i pieniądze. Marina rozumiała, że dla Galiny Siergiejewny Wadim był centrum jej wszechświata. Ale to zrozumienie nie sprawiło, że ultimatum stało się mniej obraźliwe.
Przekaż mieszkanie mojemu synowi.
Te słowa dźwięczały jej w głowie jak zdarta płyta. Marina próbowała zrozumieć logikę teściowej. Czy Galina bała się, że o mieszkanie Mariny mogą się ubiegać dalecy krewni? Że oszuka Wadima? Że po rozwodzie wyrzuci go na ulicę?
Ale nawet jeszcze nie byli małżeństwem. Kochali się. Czyż miłość nie powinna opierać się na zaufaniu?
Marina wróciła do domu tego wieczoru, zrzuciła buty w przedpokoju i opadła na sofę. Barsik, stary rudy kot, który przyjechał razem z mieszkaniem, natychmiast do niej podskoczył. Jej babcia adoptowała go jako kociaka piętnaście lat temu.
„Barsik, co mam zrobić?” wyszeptała Marina, chowając twarz w ciepłym futrze.
Kot mruczał, trącając ją łbem. Czuła się bezpiecznie w tym domu. Tu były korzenie. Pamięć. Babcia.
Jak ona mogła po prostu to wszystko wziąć i rozdać?