Lekarze wpuścili psa do pokoju samotnego starca i pozwolili mu położyć się obok łóżka. Ale tego wieczoru pielęgniarka dyżurna delikatnie otworzyła drzwi, żeby sprawdzić, co z pacjentem, a to, co zobaczyła, zmroziło ją.
Staruszek miał dziewięćdziesiąt trzy lata, kiedy leżał spokojnie na szpitalnym łóżku przy oknie. Za drzwiami toczyło się zwykłe szpitalne życie. Pielęgniarki przechadzały się korytarzem, gdzieś brzęczały metalowe wózki, a czasem słychać było stłumione głosy lekarzy. Ale przy jego łóżku panowała niemal całkowita cisza. Telefon na stoliku nocnym milczał od wielu dni. Kiedyś było zupełnie inaczej. Wiele lat temu jego dom zawsze był pełen ludzi. Na urodziny przychodziły dzieci, wnuki biegały po pokojach, w kuchni pachniało jedzeniem, a na torcie płonęły świeczki. Staruszek śmiał się głośniej niż wszyscy inni i mówił, że starość go nie przeraża, bo ma u boku liczną rodzinę. Ale lata mijały spokojnie i wszystko się zmieniło. Dzieci dorastały, każde z własnym życiem, własnymi zmartwieniami i własnymi miastami. Duży dom stopniowo pustoszał.