
Nocą siedziałam w ogrodowej szopie, oświetlona słabą żarówką, i gorączkowo pisałam. W laptopie migały foldery z dokumentami: akt własności, rachunki, zaświadczenia, e‑maile. Każdy z nich dowodził jednego — dom należał prawnie tylko do mnie. Nie wspólnie, nie po połowie, a wyłącznie do mnie. I właśnie nadszedł czas, by to wykorzystać. O świcie skończyłam — przeniosłam wszystkie konta do nowego banku, zmieniłam kody zabezpieczeń, anulowałam dostęp do systemu „inteligentnego domu”. Dom znów był nie do ruszenia. Gdy się obudzili, muzyka już nie grała. Internet nie działał, klimatyzacja nie włączała się, brama garażowa nie reagowała. Mateusz biegał po domu zirytowany, dzwonił do elektryka, operatora, mamy. Anna wrzeszczała, przekonując wszystkich, że to sabotaż. A ja siedziałam na ławce przy basenie, spokojnie piłam kawę i obserwowałam, jak ich „imperium wygody” rozpada się w porannym świetle. — Co ty zrobiłaś? — wrzasnął Mateusz, gdy mnie zobaczył. — Zrobiłam porządek — odpowiedziałam spokojnie. — Aha, i jeszcze jedno: wypowiedzenie małżeństwa leży na stole. Prawnik już złożył dokumenty. Jego oczy zrobiły się okrągłe. — Nie możesz być poważna! — O, mogę i jestem — skinęłam głową. — A przy okazji, jeśli do południa nie opuścicie domu, przyjedzie policja. Z nakazem. Anna poderwała się jak oparzona: — To niesprawiedliwe!