
Małgorzata stała jak skamieniała. Ręce jej drżały, usta poruszały się bezgłośnie. Sebastian milczał, unikając naszych spojrzeń. Podeszłam do okna, starając się mówić spokojnie, ale głos i tak lekko drżał. — Czy choć raz mogłeś powiedzieć mi prawdę, Sebastianie? Choć raz… nie skłamać? Podniósł na mnie wzrok — zagubiony, winny, tak znajomy. Kiedyś właśnie za te oczy go pokochałam. — Przepraszam. Ja tylko… — westchnął ciężko. — Chciałem, żeby mama była ze mnie dumna. Po śmierci taty żyje tylko moim życiem. Nie chciałem burzyć jej wyobrażenia. — Więc zamiast tego zburzyłeś moje? — ucięłam ostro. — Żeby mama była dumna, można kłamać latami? Żeby sądziła, że jestem darmozjadem? — Nie spodziewałem się, że zajdzie to tak daleko — jęknął, zakrywając twarz dłońmi. — Chciałem potem wszystko wyjaśnić. — Trzy lata „potem”? — prychnęłam. — Świetny moment na szczerość. Małgorzata głośno westchnęła. — Sebastian, przecież mówiłeś, że masz biuro, pracowników… — pobladła jeszcze bardziej. — Przecież przesyłałeś mi pieniądze! — Moje pieniądze — doprecyzowałam cicho.