
Marek patrzył na rozsypane kartki jakby szukał między nimi usprawiedliwienia. Ten sam człowiek, który zawsze znał odpowiedzi na wszystkie pytania, nagle przypominał chłopca przyłapanego na przechwalaniu się. – To naprawdę twój biznes? – wydusił w końcu. – Tak – odpowiedziała spokojnie Zofia. – Salon, studio, sieć partnerskich punktów. Wszystko oficjalnie. – Podniosła kartkę z podłogi i włożyła ją do teczki. – Po prostu przestałam robić to, co nie pozwalało mi się rozwijać. – Chcesz powiedzieć… że to ja przeszkadzałem? – zapytał, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała nie złość, lecz niepewność. – Nie chcę. Mówię, jak jest – odrzekła cicho. Wstał, zgarnął spojrzeniem pieniądze ze stołu, jakby nagle parzyły. – Myślałem, że bez mnie znikniesz. – Słowa zawisły w ciszy i same zniszczyły jego dawną pewność. – Przecież wtedy wychodziłaś z walizką i długami… Zofia przeszła obok niego i poprawiła zasłonę w oknie – wieczór niespodziewanie zrobił się chłodniejszy. – Tak, wychodziłam – powiedziała. – Ale teraz mam nie tylko firmę. Mam spokój. Marek stał nieruchomo, zagubiony, jakby wszystkie jego dawne frazesy straciły sens. – Posłuchaj – zaczął powoli – może nie powinienem był przychodzić. Po prostu… zobaczyłem zapowiedź twojego wywiadu…