Pracownica socjalna nazywała się pani Dorota Sęk.
Nie weszła do mieszkania jak wróg. To było najtrudniejsze. Nie miała zimnej twarzy ani tonu człowieka, który już wydał wyrok. Zdjęła buty w przedpokoju, spojrzała na kule Leny oparte o ścianę i powiedziała cicho:
— Wiem, że to dla pani trudne. Musimy jednak sprawdzić każde zgłoszenie dotyczące dziecka.
Lena siedziała wtedy w pokoju, na kanapie, z nogą ułożoną na poduszce. Odrabiała lekcje z matematyki, chociaż co kilka minut zaciskała usta z bólu.
— Kto zgłosił? — zapytałam.
Pani Dorota zawahała się.
— Anonimowo.
Zaśmiałam się. Nieładnie. Pusto.
— Moja matka czy ojciec?
Nie odpowiedziała. Ale jej milczenie wystarczyło.
Usiadłyśmy przy kuchennym stole. Pani Dorota otworzyła teczkę. Były tam notatki, wydruki wiadomości, kilka zdjęć.
Na pierwszym zdjęciu Lena płakała na szpitalnym łóżku.
Zamarłam.
— Skąd pani to ma?
Pani Dorota spojrzała na fotografię.
— Zgłaszający twierdzi, że dziecko „żyje w ciągłym stresie przy matce”.
Poznałam kadr. To zdjęcie zrobiła moja matka dzień po operacji. Przyszła wtedy do szpitala z siatką mandarynek, których Lena nie mogła jeść po narkozie, i udawała wzruszoną babcię przez całe czternaście minut. Myślałam, że fotografuje wnuczkę, żeby „mieć ją przy sobie w modlitwie”.
Na drugim zdjęciu był bałagan w moim salonie.
Koc na podłodze, talerz po zupie, rozrzucone opakowania po lekach, ręcznik, którym wycierałam Lenie pot, kiedy w nocy miała gorączkę.
Zdjęcie zrobił mój ojciec, gdy wpadł „naprawić cieknący kran” i rozejrzał się po mieszkaniu z tą swoją cichą, ciężką dezaprobatą.
Podpis pod zdjęciem brzmiał:
Warunki bytowe dziecka po zabraniu od stabilnej rodziny.
Stabilnej rodziny.
Poczułam, że coś we mnie pęka.
— To oni doprowadzili ją do tego stanu — powiedziałam. — Moja siostra złamała jej nogę.
— Mam informację o toczącej się sprawie karnej — odparła pani Dorota. — Dlatego tutaj jestem. Nie po to, żeby panią osądzić, tylko żeby zobaczyć dziecko i warunki.
Wzięłam głęboki oddech.
— Proszę.
Lena zachowała się dzielniej niż ja.
Odpowiadała cicho, ale wyraźnie. Powiedziała, że boi się cioci Iwony. Że nie chce wracać do domu dziadków. Że mama pomaga jej z lekami, ćwiczeniami i szkołą. Że czasem płacze, bo boli ją noga.
Pani Dorota zapytała:
— Czy mama kiedykolwiek kazała ci mówić źle o cioci albo dziadkach?
Lena spojrzała na nią zdziwiona.
— Nie musiała. Ja tam byłam.
To jedno zdanie zrobiło więcej niż moje tłumaczenia.
Po wyjściu pracownicy socjalnej zamknęłam drzwi i osunęłam się na podłogę w przedpokoju. Lena zawołała z pokoju:
— Mamo?
Wstałam od razu.
Nie mogłam pozwolić, żeby zobaczyła mnie pękającą za często.
Ale ona już widziała.
Dzieci zawsze widzą.
— Zabiorą mnie? — zapytała.
Podeszłam do niej i usiadłam na brzegu kanapy.
— Nie.
— Babcia mówiła, że jak będę niegrzeczna, to pójdę mieszkać do nich.
Krew odpłynęła mi z twarzy.
— Kiedy to mówiła?
Lena ścisnęła koc.
— W szpitalu. Jak poszłaś po wodę.
Tego wieczoru zadzwoniłam do adwokatki.