
Następnego ranka Benedykt przyszedł wcześniej niż zwykle. Słońce jeszcze nie przebiło nieba swoimi rozpalonymi włóczniami, a beton pod nogami był chłodny. Rzucił torbę z narzędziami w kąt i od razu podszedł do ogrodzenia. Chłopiec już tam był. Jakby w ogóle stamtąd nie odchodził. — Cześć — powiedział Benedykt, kucając. — Obiecałem ci coś. Wyjął z pudełka jabłko i mały kawałek ciasta zawinięty w papier. Chłopiec nieśmiało przyjął poczęstunek i spojrzał na niego z wdzięcznością — taką prostą, czystą, że Benedykt poczuł, jak coś ściska mu gardło. Takiego spojrzenia nie widział od lat. — Jak masz na imię? — zapytał. — Łukasz — odpowiedział cicho chłopiec, jakby bał się, że ktoś to usłyszy. Imię zabrzmiało jak szept wiatru nad placem budowy. — A gdzie twoi rodzice, Łukasz? Chłopiec spuścił wzrok. Milczał chwilę. Drżały mu ręce. — Tata… pracuje tutaj. Ale nie wiem gdzie. — zawahał się. — Powiedział, że jak skończą ten dom, znowu będziemy mogli być razem. Słowa utkwiły Benedyktowi w głowie. Rozejrzał się po budowie. Pracowały tu setki ludzi. Wśród hałasu i kurzu trudno było poznać, kto kim jest, kto czyim ojcem. Ale w głosie Łukasza brzmiała pewność — jakby wiedział, że tata jest blisko. Dni mijały. Każdą przerwę na obiad Benedykt dzielił swoją porcję na pół.