Ciąg dalszy historii
Łukasz coraz częściej się uśmiechał, czasem nawet cicho śmiał, gdy patrzył, jak żurawie unoszą stalowe pręty w górę. Dla niego cała budowa była teatrem cudów. Ale za tą dziecięcą radością zaczynał czaić się cień. Pewnego wieczoru, gdy robotnicy się rozchodzili, Benedykt usłyszał, jak dwóch majstrów kłóci się przy furgonie: — Jeśli te papiery wypłyną, — jeden mówił nerwowo — wszyscy polecimy. Ktoś już kopie. Za cicho się zrobiło. Benedykt pewnie by to zignorował, gdyby nie usłyszał znajomego imienia: „Łukasz”. Odwrócił się — mężczyźni zauważyli jego spojrzenie i zamilkli. Jeden z nich wymusił uśmiech: — Hej, stary, wszystko gra. Pracuj spokojnie. Ale coś ciężkiego osiadło mu w piersi. Nie pytał o nic. Po prostu odszedł. Następnego dnia Łukasza nie było. Puste miejsce przy ogrodzeniu paliło go w oczy. Benedykt czekał do końca przerwy — nic. Tylko upał, beton i niekończący się hałas. Tego wieczoru wrócił do domu wcześniej, ale kolacja została nietknięta. Izabela to zauważyła, lecz nie zapytała. Dwa dni później chłopiec wrócił. Ale teraz jego oczy były czerwone, z ciemnymi cieniami pod nimi. — Łukasz, wszystko dobrze? — zapytał ostrożnie Benedykt. Chłopiec milczał chwilę, potem wyszeptał: — Oni nie chcą, żeby ktoś się dowiedział. Ale ja widziałem. Mój tata… on zginął tutaj. Powiedzieli, że to wypadek. Ale to nieprawda. Powietrze jakby zniknęło z płuc Benedykta. Złapał się za siatkę. — Co widziałeś? — spytał, starając się mówić spokojnie.
Łukasz spojrzał na niego — bez dziecięcej niewinności w oczach. — Znalazł papiery. Wielkie skrzynie cementu… w środku nie było bloczków, tylko kanistry z chemikaliami. Chowają odpady prosto pod domami. Tata chciał to zgłosić. A potem… spadł z rusztowania. Słowa przechodziły z trudem. Benedykt milczał długo. W końcu powiedział cicho: — Jutro nic nikomu nie mów. Po prostu przyjdź. Dobrze? Tej nocy nie spał. W środku aż kipiało. Rano zadzwonił do znajomego inżyniera, Marka. Ten się śmiał, póki nie zobaczył dokumentów, które Benedykt przyniósł z biura kierownika. Po krótkim spojrzeniu twarz Marka pobladła. — To przestępstwo — powiedział poważnie. — Zakopują odpady w fundamentach bloków. Ludzie będą żyli nad trucizną. Tydzień później budowę zamknięto. Policja zabierała kierowników, a robotnicy patrzyli, jak ich praca staje się łańcuchem dowodów. Łukasz już się nie pojawił — jego matka, jak mówili sąsiedzi, wyjechała z nim do innego miasta. Benedykt został na ulicy z jedną walizką narzędzi. Ale tego dnia, gdy podjechali pierwsi dziennikarze, zobaczył w tłumie znajomą twarz. Łukasz stał w oddali i uśmiechał się. Podniósł rękę i pomachał mu. Benedykt odpowiedział gestem. Słońce znów biło mu prosto w oczy, ale już nie parzyło. Teraz wydawało się jaśniejsze. Czystsze. Jakby po całym tym kurzu wreszcie spadł na miasto deszcz.