
Elżbieta krzyczała – głośno, głucho, jakby spod ziemi wydobywał się nie jej głos, lecz tego, kogo próbowała zatrzymać pod tą ziemią. Policjanci zamarli na moment, po czym zaczęli kopać szybciej. Widziałam, jak spod warstwy mokrej gliny przebija się coś jasnego… materiał. Potem – skóra. Zakręciło mi się w głowie. Jeden z funkcjonariuszy gwałtownie się odwrócił, drugi coś krzyknął do radia. Usłyszałam: „kobieta, około trzydziestu lat”. Elżbieta stała obok, blada jak kreda. Wyglądała, jakby wszystko w niej już umarło. Ani krzyku, ani łez. Tylko pustka w oczach. Gdy policjant podszedł, by założyć jej kajdanki, wyszeptała cicho: – Ja tylko… chciałam, żeby jej nie było gorąco… Te słowa zapadły mi w pamięć na zawsze. Przez chwilę panowała taka cisza, że nawet cykanie świerszczy w oddali brzmiało złowrogo. Zabrali ją, a teren ogrodzono taśmą. Patrzyłam na mokre ślady po wężu – wiły się jak wąż aż do furtki, jakby to miejsce wciąż nie chciało wypuścić swojego dziecka. Po kilku dniach wokół zapanowała cisza. Dziennikarze przyjechali, sąsiedzi szeptali, każdy snuł własną wersję wydarzeń. Mówiono, że ofiara to jej młodsza siostra. Że zginęła przypadkowo, podczas kłótni. Że Elżbieta nie potrafiła tego znieść i postanowiła ukryć ciało.