
Eweline siedziała jak skamieniała. Jej wargi drżały, ale nie wydawały dźwięku. Robert powoli opadł na kanapę, zdejmując okulary, Marek stał nieruchomo jak cień. – Dokumenty są w sejfie – powiedziałam spokojnie. – Tam wszystko. Lokaty, umowy, przelewy. Jeśli chcecie zobaczyć – drzwi są otwarte. Cisza była nie do zniesienia. Powietrze jakby stanęło. – Nie!.. – wydusiła z siebie Eweline. – To niemożliwe! Kłamiesz! Synku, powiedz jej! – złapała Marka za rękaw. – To nieprawda! Powiedz! Nie odpowiedział. Tylko westchnął: – Mamo… W jej oczach zabłysły łzy. – Dlaczego milczysz, Marku?! Ja dla was… – głos jej się załamał. – Pozwolisz jej tak mówić?! Stałam spokojnie, choć ręce lekko drżały. Wszystko dookoła spowolniło. Szmer firan. Tykanie zegara. Nagle drzwi wejściowe się otworzyły – wbiegła Zofia, siostra Marka. Twarz miała zmęczoną i rozdrażnioną. – Co się dzieje? Słychać was na całej klatce! Mamo, czemu krzyczysz? Eweline odwróciła się. Łzy błyszczały jej w oczach. – Ona! – wskazała na mnie. – Powiedziała, że mieszkanie nie jest Marka! Że to jej! Upokarza twojego brata! Zofia spojrzała na mnie, potem na brata. I wszystko zrozumiała bez słów. – Mamo – powiedziała cicho – przecież to prawda. To państwa Leny rodzice wtedy… – Zamilcz! – krzyknęła Eweline.