
…ciszę przeciął pisk dziecka. Lucyna zapłonęła, jakby ktoś oblał ją wrzątkiem. — Co ty wyprawiasz, wiedźmo?! — wrzasnęła. — Podniosłaś rękę na moją córkę?! — Bronię swojego domu — odparła Maria lodowato. — I nie obchodzi mnie, komu się to nie podoba. Tomasz stanął między nimi, blady i zagubiony. — Mamo, przestań. Nie róbmy scen… — Tomasz! — ucięła Lucyna. — Albo jesteś z rodziną, albo z tą… — skinęła podbródkiem w stronę Marii. — Wybieraj. Mąż zachwiał się, jak człowiek stojący nad przepaścią. Maria niemal usłyszała, jak w nim pęka coś starego, zbutwiałego. — Wybrałem — powiedział cicho, patrząc w podłogę. — Wyjeżdżamy. Lucyna pobladła, Sabina się rozpłakała. — Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłyśmy?! — głos teściowej drżał. — Nie po to cię rodziłam, żebyś zdradzał matkę dla jakiejś rozkapryszonej kobiety! Maria westchnęła. Bez triumfu, bez złośliwości — po prostu z ulgą. — Zabierzcie swoje bagaże, — powiedziała spokojnie. — Zamówimy taksówkę, mamy mało czasu. Ale nikt się nie ruszył. Nawet dziecko zamarło, czując lepki strach unoszący się w powietrzu. Lucyna miotała spojrzeniami, jak osaczony wilk. — Dobrze — wycedziła w końcu — wyjeżdżajcie. Ale nie liczcie, że zadzwonię. Skreślam was oboje z mojego życia.