Ciąg dalszy historii
— Świetnie — odparła cicho Maria. — I proszę, nie zapomnijcie zamknąć drzwi, wychodząc. Po kilku minutach walizki stały przy windzie. Tomasz milczał, jego usta pobielały. Na korytarzu zadzwonił dzwonek — ich taksówka przyjechała. Maria odwróciła się w stronę drzwi — za nimi została cała ubiegłoroczna ciężkość, bez końca trwające biesiady, wieczne wyrzuty. Teraz to było już za nimi. Dom za miastem okazał się przytulny i cichy. Kominek trzaskał, za oknem padał śnieg. Kasia przywitała ich z uśmiechem, a Maria po raz pierwszy od dawna poczuła, że oddycha pełną piersią. Tomasz długo stał przy oknie, nie włączając telefonu. — Myślisz, że nam wybaczą? — zapytał w końcu. Maria uśmiechnęła się, nalewając grzanego wina. — A ty chcesz, żeby wybaczyli? Pokręcił głową. — Chcę, żebyś przestała z nimi walczyć. — Nie walczę, — odparła spokojnie. — Po prostu się nie poddaję. Tomasz podszedł, objął ją, i po raz pierwszy od lat poczuła, że obok niej stoi nie chłopiec szukający aprobaty matki, lecz mężczyzna, który potrafi być oparciem. Nowy Rok przywitali we dwoje, bez gęsi i sałatek, bez cudzych poleceń i wiecznego szumu telewizora. Tylko śnieg, trzask drewna w kominku i ciche „Szczęśliwego Nowego Roku”. Gdy zegar wybił północ, Maria wiedziała — ten rok zaczął się dobrze. I jeśli ktoś znowu zapuka do jej drzwi, uśmiechnie się. Ale otworzy je tylko wtedy, kiedy sama zechce.