
Mąż przez całe życie mówił, że wyjazdy służbowe to wyjazdy służbowe. Po pięćdziesiątce postanowiłam go zaskoczyć w hotelu w Kielcach. Drzwi do pokoju otworzyła kobieta w jego szlafroku.
Recepcjonistka spojrzała na mnie z uprzejmym uśmiechem, kiedy podałam nazwisko męża. Powiedziała numer pokoju. Drugie piętro, na prawo. Jeszcze poprawiłam włosy w lustrze windy, jeszcze pomyślałam, że dobrze, że wzięłam tę nową bluzkę. Zapukałam trzy razy, jak pukam u nas w domu.
Drzwi otworzyła kobieta. Miała na sobie granatowy szlafrok Wojciecha – ten sam, który mu kupiłam na imieniny trzy lata temu.
Znałam ten szlafrok lepiej niż tę twarz. Kobieta w moim wieku, może trochę młodsza, z mokrymi włosami zaczesanymi do tyłu. Przez sekundę patrzyłyśmy na siebie, jakby każda z nas czekała, aż ta druga wyjaśni pomyłkę.
– Szukam Wojciecha Krawczyka – powiedziałam, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.
– Wojtek jest pod prysznicem – odpowiedziała ta kobieta, cofając się o krok, jakby chciała mnie wpuścić do środka.
Wtedy usłyszałam szum wody zza uchylonych drzwi łazienki. I głos męża – nucił coś pod nosem, tak jak nucił w domu, kiedy miał dobry humor. To było chyba najgorsze. Nie krzyk, nie cisza, nie wyjaśnienia. Tylko ten głos, ten sam co rano przy goleniu w naszej łazience na osiedlu w Częstochowie, gdzie mieszkaliśmy od trzydziestu lat.