Odwróciłam się i poszłam do windy. Kobieta nie powiedziała ani słowa. Nie zatrzymała mnie. Nie zamknęła drzwi – albo zamknęła, ale ja tego nie słyszałam, bo w uszach mi szumiało jak pod wodą.
W samochodzie siedziałam może dwadzieścia minut, może godzinę. Nie pamiętam. Miałam kluczyki w dłoni i patrzyłam na parking, na te wszystkie samochody ludzi, którzy przyjechali do Kielc w normalnych sprawach. Na konferencje, na szkolenia, na te wszystkie wyjazdy służbowe, o których ich żony nie mają powodu wątpić. Zadzwonił telefon. Wojciech. Odrzuciłam.
Przez trzydzieści dwa lata małżeństwa Wojciech wyjeżdżał mniej więcej raz w miesiącu. Czasem na dwa dni, czasem na trzy. Pracował jako przedstawiciel handlowy w firmie produkującej armaturę łazienkową – objeżdżał hurtownie, sklepy budowlane, salony łazienkowe w całym województwie świętokrzyskim i małopolskim.
Wracał zmęczony, z torbą brudnych koszul, czasem z próbkami nowych baterii do łazienki. Opowiadał o klientach, o korkach na drogach, o obiadach w przydrożnych barach. Nigdy nie dawał mi powodu do podejrzeń. A ja – byłam zbyt zajęta, żeby szukać powodów.
Przez dwadzieścia pięć lat prowadziłam zakład krawiecki przy ulicy Jasnogórskiej. Poprawki, przeróbki, sukienki na wesela, garsonki dla nauczycielek, czasem suknia ślubna. Znałam pół osiedla z przymiarek. Wiedziałam, kto schudł, kto przybrał, kto nosi gorset pod marynarkę. Ale nie wiedziałam, co mój mąż robi w hotelach.
Na pomysł wpadłam przez przypadek. Wojciech zostawił otwarty laptop, a na ekranie było potwierdzenie rezerwacji – Hotel Kameralny, Kielce, pokój dwuosobowy, dwie noce. Pokój dwuosobowy. Nie jednoosobowy, jak zawsze mówił. Nie pomyślałam od razu o zdradzie. Pomyślałam: dwuosobowy jest tańszy albo nie było jednoosobowych. Ale coś zostało. Jak drzazga pod skórą.
Dwa tygodnie później, kiedy znów wyjechał, wpisałam w nawigację adres tego hotelu. Sto dwadzieścia kilometrów. Dwie godziny jazdy z Częstochowy, bo po drodze remont na obwodnicy. Jechałam i powtarzałam sobie, że chcę go zaskoczyć. Że to będzie romantyczne. Że trzydzieści dwa lata razem i nigdy go nie odwiedziłam w delegacji – najwyższy czas.
A potem stałam w tym korytarzu. I kobieta w szlafroku Wojciecha mówiła mi, że Wojtek jest pod prysznicem.
Do domu wróciłam o jedenastej w nocy. Bartek – nasz syn – napisał SMS-a: “Mamo, tata dzwonił, martwi się, nie odbierasz”. Odpisałam: “Byłam u koleżanki, telefon na milczeniu”. Pierwsza świadoma nieprawda, którą powiedziałam synowi od czasu, kiedy miał pięć lat i pytał, czy Mikołaj istnieje.
Wojciech wrócił następnego dnia po południu. Postawił torbę w przedpokoju, pocałował mnie w policzek. Pachniał samochodem i miętówkami.
– Próbowałem dzwonić – powiedział. – Wszystko w porządku?
– W porządku – odpowiedziałam. – Jak w Kielcach?
– Jak zwykle. Kowalski z hurtowni targuje się o każdy procent. Myślałem, że go uduszę.
Patrzyłam na niego i szukałam kłamstwa. W oczach, w rękach, w sposobie, w jaki wieszał kurtkę. Nic. Żadnego drżenia, żadnego unikania wzroku. Trzydzieści lat praktyki – albo naprawdę nie wiedział, że byłam w tym hotelu. Tamta kobieta nie powiedziała mu? A może powiedziała, a on zdecydował, że udawanie jest bezpieczniejsze niż przyznanie się?