Mąż przez całe życie mówił, że wyjazdy służbowe to wyjazdy służbowe. Po pięćdziesiątce postanowiłam go zaskoczyć w hotelu w Kielcach. Drzwi do pokoju otworzyła kobieta w jego szlafroku
Nie zapytałam. Nie tamtego dnia i nie następnego. Tydzień mijał za tygodniem, a ja wracałam do tego korytarza jak do rany, której nie można zostawić w spokoju. Wieczorami siadałam przy maszynie do szycia, bo hałas silniczka zagłuszał myśli. Robiłam obrębi, skracałam spodnie, wszyłam zamek w kurtce sąsiadki z trzeciego piętra – ręce pracowały, głowa kręciła się jak bęben pralki na wirowaniu.
Ania – nasza córka – zadzwoniła w niedzielę. Mieszka we Wrocławiu, pracuje w firmie informatycznej, dzwoni regularnie, ale krótko.
– Mamo, co u was? Tata jakiś dziwny ostatnio, mówi, że jesteś zamyślona.
– Zamyślona – powtórzyłam. – Tak. Mam dużo zamówień, sezon komunijny.
– To dobrze. Tylko się nie przemęczaj.
Sezon komunijny. W zakładzie naprawdę piętrzył się stos białych sukienek i marynarek. Matki przychodziły z dziećmi, poprawiałam rękawy, skracałam spódniczki. Patrzyłam na te kobiety – trzydziestokilkuletnie, zmęczone, z telefonami przy uchu, z listami gości do sprawdzenia – i myślałam: która z was za dwadzieścia lat będzie stała w hotelowym korytarzu?
Po miesiącu powiedziałam Wojciechowi. Nie krzykiem, nie płaczem. Przy kolacji, przy schabowym z kapustą, który jadł jak co czwartek.
– Byłam w Kielcach. W twoim hotelu. Miesiąc temu.
Odłożył widelec. Nie powoli, nie dramatycznie – po prostu odłożył, jakby stracił apetyt.
– Renata…
– Otworzyła mi kobieta w twoim szlafroku. W tym granatowym.
Cisza trwała może minutę, może pięć. Wojciech patrzył na talerz. Na schabowego, który stygł. Na kapustę. Na cokolwiek oprócz mnie.
– To Basia – powiedział w końcu. – Pracuje w hurtowni w Kielcach. Znamy się od siedmiu lat.
Siedem lat. Nasz syn Bartek skończył w tym czasie studia, ożenił się, kupił mieszkanie. Ania dostała awans, przeprowadziła się do Wrocławia. Ja w tym czasie uszyłam może tysiąc sukienek. A Wojciech w tym czasie – siedem lat.
– Czy ty ją kochasz? – zapytałam, bo to pytanie trzeba zadać, nawet jeśli odpowiedź jest gorsza niż niewiedza.
Wojciech podniósł głowę i po raz pierwszy tego wieczoru patrzył mi w oczy.
– Nie wiem – powiedział.
I to “nie wiem” bolało bardziej niż “tak”. Bo “tak” byłoby przynajmniej uczciwe. A “nie wiem” znaczyło, że przez siedem lat nie zadał sobie trudu, żeby to zrozumieć. Że nie szanował ani mnie, ani jej na tyle, żeby wiedzieć.
Nie wyrzuciłam go tego wieczoru. Nie wyrzuciłam go w ogóle. Wojciech spał w salonie przez dwa tygodnie, potem wrócił do sypialni, bo bolały go plecy od starej kanapy. Życie toczyło się dalej – poranki, śniadania, odgłosy telewizora, samochód odjeżdżający spod bloku. Tylko że teraz wiedziałam. I on wiedział, że wiem. I żadne z nas nie wiedziało, co z tym zrobić.
Nie opowiedziałam dzieciom. Ani koleżankom. Ani siostrze Danucie, która i tak by powiedziała “mówiłam ci”. Chodziłam do zakładu, szyłam, mierzyłam, rozmawiałam z klientkami o pogodzie i o tym, że len się gniecie. Wieczorami patrzyłam na Wojciecha i zastanawiałam się, czy ta kobieta w szlafroku też siedzi teraz w swoim domu i zastanawia się, co dalej.
Pewnego wieczoru, może dwa miesiące po tamtej kolacji, Wojciech wrócił z pracy wcześniej niż zwykle. Usiadł przy kuchennym stole, przy którym siedzieliśmy razem od trzydziestu lat, i powiedział:
– Zakończyłem to. Z Basią.
Nie poczułam ulgi. Nie poczułam satysfakcji. Poczułam zmęczenie – ogromne, fizyczne zmęczenie, jakby ktoś postawił mi na plecach worek cementu. Bo to “zakończyłem” niczego nie kończyło. Siedem lat nie znika, bo ktoś powie jedno zdanie przy kuchennym stole.
Teraz jest lipiec. Wojciech nie wyjeżdża już do Kielc – zmienili mu rejon na Śląsk. Czasem wieczorem próbuje ze mną rozmawiać – o remoncie łazienki, o wakacjach, o tym, że Bartek i Monika spodziewają się dziecka. Normalnie. Jakby tamta kobieta, tamten szlafrok, tamten korytarz – jakby to wszystko można było zakleić jak dziurę w spodniach.
Ja szyję. Rano otwieram zakład, wieczorem zamykam. W soboty sprzątam mieszkanie. W niedziele dzwonię do Ani. Żyję. Tylko że czasem, kiedy Wojciech wychodzi z łazienki po prysznicu i nuci coś pod nosem, słyszę szum wody z tamtego hotelu. I widzę mokre włosy zaczesane do tyłu. I granatowy szlafrok, który wisi teraz u nas w szafie, bo przecież nie będę wyrzucać dobrego szlafroka.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Ale wiem, że nie chcę już być kobietą, która się nie pyta.