
Kiedy wbiegłam do szkoły, na korytarzu panowała nienaturalna cisza. Dzieci dawno już się rozeszły, a światło jarzeniówek wydawało się zimne i przenikliwe. W sekretariacie stała dyrektorka — pani Nowak. Spojrzała na mnie dziwnie, niemal ze współczuciem. — Proszę wejść — powiedziała tylko. Weszłyśmy do jej gabinetu. Na krześle pod oknem siedziały dwie inne kobiety. Jedna miała czerwone oczy od płaczu. Poznałam ją — to była mama koleżanki Zosi, Leny. — Co się dzieje? — wydusiłam. Pani Nowak mówiła ostrożnie, dobierając słowa: — Kilkoro dzieci… — zawahała się. — Kilka dziewczynek zachowuje się podobnie. Po lekcjach natychmiast biegną do prysznica. Próbowaliśmy zrozumieć, dlaczego. Najpierw myśleliśmy — nowa moda. Potem — może stres. Łapałam powietrze jak po biegu. — Ale? — Ale wczoraj jedna uczennica… Julia… — dyrektorka ciężko westchnęła, — powiedziała, że po lekcjach do ich szatni wchodził woźny. Jak się okazało, dobrze wiedział, że po zajęciach w sali gimnastycznej prawie nikogo już nie ma. Zacisnęłam pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w dłonie.