Mecenas Błaszczyk nie lubił teatralnych gestów.
Znałam go od czasów, kiedy razem z Henrykiem grali w szachy przy naszym kuchennym stole i kłócili się o politykę tak głośno, że dzieci uciekały do ogrodu.
Dlatego gdy powiedział spokojnie: „To nie wszystko”, od razu wiedziałam, że chodzi o coś poważnego.
Położył kopertę na stole.
Sebastian nie odrywał od niej oczu.
– Co to jest? – zapytała Marta, ale jej głos brzmiał już inaczej. Cień strachu pojawił się tam, gdzie wcześniej było tylko zmęczenie.
Mecenas otworzył teczkę.
– Wczoraj wieczorem, po rozmowie z panią Zofią, sprawdziłem księgę wieczystą domu i ostatnie zapytania dotyczące nieruchomości. Okazało się, że w ostatnich tygodniach ktoś próbował uzyskać dokumenty potrzebne do przygotowania umowy przedwstępnej sprzedaży.
Serce zabiło mi mocniej.
– Sprzedaży? – powtórzyłam.
Marta spojrzała na Sebastiana.
On nie powiedział nic.
I właśnie to milczenie powiedziało wszystko.
Mecenas wyjął wydruk.
– Dodatkowo kancelaria notarialna, z którą współpracuję, przekazała informację o projekcie pełnomocnictwa. Według niego pani Zofia miała rzekomo upoważnić pana Sebastiana do reprezentowania jej przy sprzedaży nieruchomości.
Poczułam zimno w palcach.
Mój dom.
Dom Henryka.
Dom, w którym moje dzieci stawiały pierwsze kroki.
Dom, którego ściany znały mój śmiech, porody, żałobę, święta i każdą niedzielną zupę.
Sebastian próbował go sprzedać.
Za moimi plecami.
Marta wyszeptała:
– Seba?
Nie odpowiedział od razu. Najpierw poprawił koszulę, jakby to mogło przywrócić mu kontrolę.
– To było tylko rozpoznanie rynku.
Mecenas uniósł brwi.
– Z podrobionym projektem pełnomocnictwa?
– Nic nie zostało podpisane.
– Bo pani Zofia w porę odwołała upoważnienia bankowe i zabezpieczyła dokumenty.
Sebastian uderzył dłonią w stół.
– Bo wszyscy robią z niej ofiarę! Ona nie rozumie, ile kosztuje utrzymanie tego domu. Podatki, remonty, rachunki. My tu mieszkamy, my to ogarniamy, a ona tylko siedzi i wspomina stare czasy.
Kiedyś te słowa by mnie roztrzaskały.
Tym razem zabolały inaczej.
Czysto.
Ostatecznie.
– Ten dom utrzymywałam czterdzieści dwa lata, zanim ty w ogóle przekroczyłeś jego próg – powiedziałam.
Kuba stał przy schodach i patrzył na ojca szeroko otwartymi oczami.
Pola schowała się za Martą.
Nie cieszyło mnie to, że dzieci słyszą.
Ale może czasem dzieci muszą usłyszeć prawdę, zanim nauczą się śmiać z cudzej krzywdy tak swobodnie jak dorośli.
Marta podeszła do dokumentów.
– Pokaż mi to.
Sebastian złapał ją za nadgarstek.
– Nie dotykaj.
Wtedy coś w mojej córce drgnęło.
Po raz pierwszy od dawna zobaczyłam w niej nie wystraszoną żonę, ale dziewczynkę, która kiedyś potrafiła stanąć przede mną z rękami na biodrach i bronić młodszego brata przed niesprawiedliwością.
– Puść mnie – powiedziała.
Sebastian spojrzał na nią ostrzegawczo.
– Marta.