– Powiedziałam: puść.
Puścił.
Marta wzięła dokumenty do ręki i zaczęła czytać.
Im dłużej czytała, tym bardziej bladła.
Były tam nie tylko zapytania o sprzedaż domu.
Były też maile.
Wydruki rozmów z pośrednikiem.
Informacje o długach firmy Sebastiana.
Plan spłaty zobowiązań ze „środków po sprzedaży nieruchomości rodzinnej”.
Nieruchomości rodzinnej.
Tak nazwał mój dom.
Nie „dom teściowej”.
Nie „dom Zofii”.
Rodzinny.
Bo kiedy chciwy człowiek chce coś zabrać, najpierw zmienia temu nazwę.
Marta usiadła ciężko na krześle.
– Ty chciałeś sprzedać dom mamy?
– Chciałem ratować naszą rodzinę.
– Jaką rodzinę? – zapytałam cicho.
Oboje spojrzeli na mnie.
– Tę, która śmieje się, kiedy nazywasz mnie bezużyteczną staruchą? Tę, w której moja własna córka milczy, bo boi się twojej miny? Tę, w której wnuki uczą się pogardy przy stole, przy którym kiedyś modliliśmy się przed Wigilią?
Marta zakryła usta dłonią.
Łzy płynęły jej po twarzy.
Ale ja nadal siedziałam prosto.
Nie dlatego, że nie chciałam jej przytulić.
Chciałam.
Bardzo.
Ale przez całe życie przytulałam dzieci tak szybko, że nigdy nie musiały dokończyć patrzenia na własne błędy.
Tego dnia musiała zobaczyć.
Sebastian zaczął chodzić po kuchni.
– To jest absurd. Bez mojej firmy nie będzie pieniędzy. Bez pieniędzy Marta i dzieci zostaną z niczym. Pani chce patrzeć, jak własne wnuki lądują na ulicy?
– Nie mieszaj dzieci do swoich długów – powiedział mecenas.
– A pan się nie wtrąca!
Mecenas nawet nie drgnął.
– Właśnie po to tu jestem.
Przez następne pół godziny Sebastian próbował wszystkiego.
Najpierw groził.
Potem mówił o „nieporozumieniu”.
Potem próbował przekonać Martę, że to ja jestem zmanipulowana przez prawnika.
W końcu wrócił do pogardy.
– Stara kobieta z papierami myśli, że wygrała. Zobaczymy, jak sobie pani poradzi sama.
Spojrzałam na niego spokojnie.
– Lepiej niż z tobą.
To chyba zabolało go najbardziej.
Mecenas zostawił dokumenty i poinformował Sebastiana oraz Martę o terminach. Nie wyrzucałam ich na ulicę tego samego dnia. Nie chciałam zemsty. Chciałam granic.
Mieli trzydzieści dni na opuszczenie domu.
Marta mogła zostać dłużej z dziećmi, jeśli formalnie oddzieli swoje finanse od Sebastiana i zgodzi się na jasne warunki. To zaproponowałam nie jako matka, która znów daje się wykorzystywać, ale jako właścicielka domu i babcia, która nie zamierza karać dzieci za grzechy dorosłych.
Sebastian wyśmiał tę propozycję.
– Czyli mam wyjść, a moja żona zostanie u mamusi? Pięknie. Właśnie tego chciała.
Marta odpowiedziała cicho:
– Może powinnam była to zrobić dawno temu.
W kuchni zapadła cisza.
Sebastian patrzył na nią, jakby pierwszy raz w życiu usłyszał, że ma mniej władzy, niż myślał.
Tamtego dnia wyszedł z domu przed południem, trzaskając drzwiami tak mocno, że ze ściany spadło małe zdjęcie Poli z przedszkola.
Kuba podniósł je z podłogi.
Przyszedł do mnie powoli.
– Babciu…
Nie wiedział, co powiedzieć.
Widziałam, jak wstyd walczy w nim z dziecięcym lękiem.
– Przepraszam, że się śmiałem – wyszeptał.
Poczułam, jak coś mięknie mi w klatce piersiowej.
Nie chciałam, żeby moje wnuki zostały wychowane przez pogardę.
Uklęknąć już nie mogłam, więc wyciągnęłam do niego rękę.
– Dobrze, że to mówisz.