Przytulił mnie sztywno, jak nastolatek, który nie wie, czy jeszcze wolno mu być dzieckiem. Po chwili Pola też podeszła. Wcisnęła twarz w mój sweter i zaczęła płakać.
Marta patrzyła na nas z drugiego końca kuchni.
Nie podeszła.
Jeszcze nie.
Wieczorem zapukała do drzwi mojego małego pokoju.
– Mogę?
Siedziałam na łóżku z teczką na kolanach.
– Wejdź.
Marta wyglądała, jakby postarzała się o kilka lat w jeden dzień. Usiadła na brzegu krzesła, tego starego, przy którym kiedyś szyłam jej kostium anioła na szkolne jasełka.
– Mamo, ja naprawdę nie wiedziałam o domu.
Uwierzyłam jej.
Ale to nie wystarczało.
– A o tym, jak on do mnie mówił, wiedziałaś.
Spuściła głowę.
– Bałam się.
Te dwa słowa były ciche, prawie dziecięce.
– Czego?
– Że jeśli mu się sprzeciwię, wszystko się rozpadnie. Firma, kredyty, dzieci, dom. On zawsze mówił, że bez niego nie dam rady.
Poczułam ból. Nie ten po wczorajszych słowach Sebastiana. Głębszy.
Bo nagle zobaczyłam, że moja córka też siedziała przy tym stole jak więzień, tylko na lepszym krześle.
To jej nie usprawiedliwiało.
Ale tłumaczyło, dlaczego jej milczenie miało taką twarz.
– Martusiu – powiedziałam powoli – strach nie zwalnia z odpowiedzialności. Ja też się bałam. Bałam się zostać sama. Bałam się, że jak powiem „dość”, stracę dzieci i wnuki. I zobacz, do czego nas doprowadziło moje milczenie.
Płakała.